poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzenia


Kochani, życzę Wam przyjemnych, rodzinnych, ciepłych Świąt.
A w 2013 niech spełnią się wszelkie plany i marzenia. Życzę Wam oraz sobie, aby nadchodzący rok był ciekawy,pełen uśmiechów i radości.
Życzę zdrowia, pieniędzy i miłości.

Pozdrawiam świątecznie!
Aleksandra Tyl

sobota, 15 grudnia 2012

przespałam niemal trzy dni...


Dawno nie chorowałam. Owszem zdarzał mi się katar, czy kaszel, ale byłam w stanie normalnie przy tym funkcjonować. Prawdę mówiąc, nie pamiętam kiedy ostatnio zaległam w łóżku z powodu choroby...
Tymczasem w środę obudziłam się czując iż zaczyna mną telepać. Pojechałam do pracy - bo miałam jakieś ważne sprawy, załatwiłam co miałam załatwić i w połowie dnia wróciłam do domu. Trzęsąc się dałam radę wypić fervex i do łóżka.
Przespałam niemal 3 dni - budząc się tylko na kolejne dawki fervexu i wizyty w toalecie. Kompletnie byłam wyłączona.
Dziś za to obudziłam się rześka, wypoczęta, zadowolona - z małym tylko katarkiem i drapaniem w gardle.
Wyleżenie choroby pomogło! Organizm się zregenerował.

Przez dokładnie 2,5 dnia wyłączenia ze świata nadrabiałam w pierwszej kolejności to, co najważniejsze: czyli po pierwsze co działo się w domu, po drugie zaległości w pracy. Resztę świata zostawiłam na wieczór.

I oto wchodzę w Inernet i co widzę? Nagłówki serwisów informacyjnych, krzyczące o masakrze w szkole w USA.
Chyba wolałabym dalej spać.
Przerażające. Smutne. Niewiarygodne. Straszne.
Brak mi słów.

Co się dzieje z tym światem?

Bardzo mną to wstrząsnęło. Nie potrafię pojąć, co siedzi w głowach młodych ludzi, którzy wychodzą z bronią po to, by zabijać nie tylko swoją rodzinę, ale i niewinnych ludzi, dzieci.

Co się dzieje?

Dlaczego Stany nie ograniczą dostępu do broni? Dlaczego kolejny raz musi się to powtarzać, przecież nie tak dawno jakiś świr strzelał w kinie.

Nie potrafię tego wszystkiego zrozumieć.
Co dzieje się z ludźmi, ze światem?

Może czas wrócić do starych metod wychowania? Zero pobłażliwości, zero gier komputerowych, zero usprawiedliwiania? Gdzie się podział szacunek dla życia?

To przerażające i smutne.

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołajki, Mikołaj i ja


Jak co roku 6 grudnia przebieram się w strój Mikołaja i przychodzę do własnego domu z prezentami. Z początku to mój mąż był Mikołajem, ale niezbyt mu wychodziło, bo na widok przerażonych jeszcze wtedy dzieci trudno mu było zachować powagę. Tym sposobem ja dostałam główną rolę, a właściwie sama się ogłosiłam Mikołajem.

Wczoraj wpadłam na genialny pomysł, żeby jako Mikołaj sprawić także niespodziankę innym dzieciom z naszej ulicy. Nie uprzedzałam sąsiadów - uznałam, że większa będzie frajda, gdy nikt nie będzie się spodziewał Mikołaja.
Hmmmm...

Przygotowałam symboliczne prezenty, włożyłam w worek, przebrałam się w swoje wdzianko, doczepiłam sztuczną brodę, a żeby nikt mnie nie poznał pomalowałam brwi na biało, a nos na czerwono - szminką. Załozyłam okulary. I poszłam.

Była godzina 20-ta. Ciemno. Pierwsi sąsiedzi. Brak dzwonka przy bramie, nie ma jak wejść. Ale światło w domu się pali, więc są.
Zaczełam walić w skrzynkę na listy, żeby mnie usłyszeli.
Po jakiejś chwili widzę, że sąsiadka wygląda nieśmiało przez okno w kuchni, próbując dojrzeć, co to za hałasy.
Stanęłam więc na murku, chwyciłam się ogrodzenia i zaczęłam machać.
Ja wymachuję, a ona nic. Stoi i się gapi. Macham więc mocniej, próbując na migi wytłumaczyć, żeby mnie wpuścili.
Ona nic.
Macham więc jeszcze mocniej.
Nagle słyszę jej przerażony głos:
- Juuuurek! Jakiś facet zawisł na naszej bramie! Ja się boję!

Po chwili wyskakuje jej zdezorientowany mąż, a ja zaczynam się zastanawiać, czy wezwał już ochronę czy jeszcze nie. Niskim głosem mówię:
"Ho, ho, ho, czy są tu jakieś dzieci?"
- O Boże, to ty? - słyszę i widzę, jak oczy otwiera ze zdumienia.
- Nie, to nie ja, to Mikołaj. Ho, ho, ho, czy są tu jakieś dzieci? - Nie wychodzę z roli.

Weszłam do domu i zaczęła się masakra. Okulary mi zaparowały, nic nie widziałam. Jak przez mgłę dostrzegłam uciekającą przede mną córkę sąsiadki. Szminka na nosie zaczęła mnie swędzieć, farba na brwiach uczuliła oczy, zaczęłam łzawić.
Sztuczna broda gryzła, czułam jak cała twarz mi puchnie.
Na szczęście dziewczynka, zachęcona przez rodziców podeszła. Wysłuchałam piosenki, wręczyłam prezent. Sąsiadka chichocząc zaopatrzyła mnie w paczkę chusteczek.
Wytarłam oczy, pożegnałam się i poszłam dalej.
Na szczęście na naszej ulicy jest tylko kilka domów, a nie w każdym mieszka małe dziecko, więc dałam radę obskoczyć mimo swędzącego niemiłosiernie nosa i łzawiących co chwila oczu.
W końcu dotarłam do siebie. Moje dzieci (plus kolega mojego syna, który u nas był) zaaferowane Mikołajem, choć nie do tego stopnia, żeby śpiewać mu piosenki...
Posiedziałam więc chwilę, wymusiłam deklarację bycia grzecznym (zamiast piosenek), wręczyłam prezenty i wyszłam.
W garażu przebrałam się, zmyłam wątpliwy makijaż i wróciłam już jako mama (niby ze sklepu). Mój syn wpatruje się we mnie i po chwili mówi:
- To byłaś ty! To ty byłaś Mikołajem!
- Jakim Mikołajem? Mikołaj u was był? - udaję zdziwioną.
- To byłaś ty, nie oszukuj!
- Skąd, po co miałabym być Mikołajem? Dlaczego tak sądzisz?
- Poznaję po nosie!

No tak - dopiero w łazience, w lustrze dostrzegłam, jak wygląda mój nos.
Nigdy nie smarujcie szminką nosa. Co prawda zmyłam ją w garażu mleczkiem, ale okazało się, że naprawdę mnie uczuliła i przez cały wieczór już chodziłam z zaczerwienionym nosem.

Ech, Mikołaj... Wieczór udany, dzieciaki miały radochę. Chociaż po wpadce z nosem w przyszłym roku chyba stracę tę rolę - buuu, szkoda.

Pozdrawiam zimowo - w Warszawie śnieg!

środa, 28 listopada 2012

Jesienne przesilenie


Kiedyś lubiłam jesień... Spacery po parku, szelest kolorowych liści, wilgotne poranne mgły.
Ale od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że jesień nam zanika. Że zamiast okresu przejściowego, po lecie przychodzi czas przedzimowy - szaro i zimno.
Jest mi zimno. Może powinnam wyciągnąć już kurtkę puchową zamiast jesiennego płaszcza... Czapkę i rękawiczki dawno już wyjęłam.

Zastanawiam się, czy to ja wraz z wiekiem coraz bardziej marznę, czy po prostu klimat się zmienił...

sobota, 17 listopada 2012

Perfekcyjna Pani Domu


Ostatnio różne mądre głowy zaczęły mocno krytykować ten program.

A ja go lubię:)
Obejrzałam w internecie prawie wszystkie odcinki:)
Nie jestem idealną panią domu. Właściwie jestem bałaganiarą, na noc nie składam rzeczy tylko rzucam byle jak na toaletkę obok łóżka. Tym sposobem na toaletce zamiast flakonów perfum, szkatułek czy innych pierdół, które powinny się tam znajdować mam stertę ubrań, które ogarniam dopiero gdy zaczynają mnie wkurzać.
Najczęściej wwalam je do garderoby obiecując sobie, że w wolnym czasie się tym zajmę. Zamykam drzwi i po problemie.

Ale oto nadeszła Perfekcyjna Pani Domu!
I z jednej strony wyleczyła mnie z kompleksów (bo miło popatrzeć, jaki bałagan mają inni - w porównianiu z nimi mój dom lśni:))
A z drugiej strony zainspirowała do tego, aby w końcu uporządkować te ubrania, w których rzadko albo w ogóle nie chodzę, wyrzucić stare buty, jakieś rupiecie zalegające po szufladach (w nadziei, że kiedyś się przydadzą).
Bo jestem totalnym chomikiem, zbieraczem - na strychu piętrzą się pudła z pamiątkami, zabawki moich dzieci, doniczki, stare kurtki, i nawet nie wiem, co jeszcze by się tam znalazło.

I tym sposobem, niby sprzątane regularnie i mogę stwierdzić, że nie mam kurzu i porządek tak ogólnie w miarę na co dzień jest, to w szczególe znalazłby się niejeden diabeł w szafie.

Dzisiaj wzięłam się za wyrzucanie. Takie bez sentymentów. metodą 3 P (pożyteczne, pamiątkowe, piękne). Nie jest łatwo, bo większość wydaje mi się albo pożyteczne (może kiedyś się przyda), albo pamiątkowe. Co za tym idzie wszystko widzę jako piękne.
Dopiero uczę się selekcjonowania.
Póki co udało mi się zapełnić jeden worek i jestem z siebie dumna.
Mam nadzieję, że do świąt się wyrobię:)

Niech sobie krytykują. Mnie się ten program podoba:)
Idę zapełniać kolejny worek. Do wieczora jeszcze trochę czasu, potem kąpiel i szykowanie się na wyjście. A w drodze na imprezę mam zamiar zahaczyć o kontener na ubrania. Przyjemne z pożytecznym, ot co:)

środa, 14 listopada 2012

Jestem cholernym mięczakiem


Mogłam się spodziewać, że po ostatnich wojażach i delektowaniu się włoską i hiszpańską kuchnią (makarony, kolorowe sosy, ryby mniam, mniam) nie upiecze mi się i po powrocie do Polski trzeba będzie przejść na dietę.
Mogłam się spodziewać...
Tymczasem najwyraźniej uznałam, że MNIE to nie dotyczy i ostatnie tygodnie żyłam sobie beztrosko, w błogiej niewiedzy, z dala od wagi, kontynuując cudownie aromatyczne akrobacje w kuchni (uzależniłam się od chilli!).
Ale nie da się uciec od brutalnej rzeczywistości. Choćby człowiek nie wiem jak głęboko chował tę cholerną wagę, to zawsze się znajdzie wredna przyjaciółka, która niby mimochodem postanowi ją wywlec z kąta.

Otóż to... w miniony weekend przyjechała do mnie koleżanka. Miała ze sobą bagaże, planując na drugi dzień prosto ode mnie jechać na lotnisko. Spędziłyśmy cudowny wieczór przy winie (i makaronie oczywiście - dałam popis swojej sztuki kulinarnej. Dodałam niestety tak dużo chilli, że aż mnie wygięło, gdy jadłam. Ale nie było nic innego w nocy do jedzenia, więc ostatecznie lepszy ostry makaron niż nic).
Tak czy inaczej, po przegadaniu całej nocy, odespaniu jej aż do południa, pod wieczór przyszedł czas na to, aby się pożegnać.
I właśnie wtedy padło pierwsze pytanie o wagę.
- Muszę zważyć walizkę - stwierdziła nagle przyjaciółka, martwiąc się, że będzie miała nadbagaż. - Masz wagę?
Przygryzłam wargi, udając, że myślę. Tymczasem rzeczywiście myślałam, a właściwie panikowałam, wiedząc, że jeśli przyniosę wagę, to na ważeniu bagażu się nie skończy.
- Nie mam - odpowiedziałam po dłuższej chwili.
- Nie masz w domu wagi? Każdy ma!
- Ja nie mam. Popsuła się. Jakiś czas temu...
- Może baterie padły?
- Chyba tak. Niestety nie mam nowych, bo to były takie niewymiarowe, trudno je dostać. No, nie mam wagi. Zważę ci ręcznie.
- Jak to ręcznie?
- Zwyczajnie, tak na oko. Podniosę i ocenię, czy nie za ciężka.
Podniosłam. Ciężka była.
- I co? - dopytywała przyjaciółka.
- Chyba przejdzie... - powiedziałam niepewnie.
I na moje nieszczęście akurat wszedł mój mąż.
- Mógłbyś podnieś tę walizkę i ocenić ile waży? - zaproponowała A. - Boję się, że będę miała nadbagaż. Wolałabym teraz przepakować, niż denerwować się przy odprawie.
- To zważcie ją. - Mąż wzruszył ramionami, jakby nie widział problemu.
- Ale wy nie macie wagi - wyjaśniła A.
- Jak to nie mamy? - zdziwił się.
- Nie mamy - weszłam mu w słowo, próbując wcisnąć mu tę walizkę do ręki, aby szybko ocenił jej wagę i dał już spokój.
- Jak to nie mamy? Przecież mamy wagę - zdziwił się ponownie. I poszedł do łazienki. Ech, faceci mają inny rodzaj inteligencji... Wystarczyłoby złapać mój wiele mówiący wzrok, by uznać, że na pewno, ale to na pewno nie mamy wagi.
Wrócił z wagą. Sprawną, działającą. I cholernie dokładną.
- O, nawet nie wiedziałam, że wymienił baterie - wymamrotałam słabo w stronę przyjaciółki.
Zważyliśmy walizkę. Okazało się, że jest nadbagaż - 3 kilo.
A. uznała, że wobec tego kilka rzeczy przepakuje do ręcznego.
Już miałam wynosić wagę, gdy padło:
- Czekaj, ja też się zważę - zaproponowała A.
No i się zaczęło.
- O cholera - zaklęła. - Niemożliwe. Przecież to niemożliwe. Przytyłam 3 kilo?
- Mówiłam, że popsuta - prychnęłam.
- Ty wejdź.
- Ale po co, skoro popsuta?
- Sprawdzimy.
No to weszłam. Z paniką obserwowałam przelatujące cyferki, które doszły do mojej zwyczajowej wagi... po czym dalej szły w górę. 3 kilo. SHIT!
- Popsuta - uznałam kategorycznie. - Za każdym razem pokazuje 3 kilo więcej. Nie utyłyśmy, a ty nie masz też nadbagażu.
A. jednak nie była przekonana. W końcu wpadłyśmy na pomysł, by zważyć kilogram cukru.
Z przestrachem, ale i z nadzieją wpatrywałyśmy się w wyświetlacz. Pokazał równiótko 1 kilogram. SHIT!

Rzeczywistość jednak okazała się brutalna. 3 więcej kilo jak nic.
Koniec makaronów, koniec słodyczy, koniec objadania się. Koniec.
Tak postanowiłam.
Tyle że nie potrafię tego zrealizować. Rano kupuję sobie bułki, wieczorem wciągam makaron. Z chilli oczywiście. Pocieszam się, bo kiedyś usłyszałam, że ponoć taki ugotowany al dente nie tuczy. Niedogotowuję go zatem, jest niemal twardy. Ale to i tak makaron, a nie jogurt czy płatki kukurydziane...
Dziś rano, będąc w sklepie, stanęłam przy koszach z pieczywem, chcąc sięgnąć po bułkę.
Opanowałam się. Wzięłam pieczywo razowe. Ale cóż z tego, skoro kilka sekund później mój wzrok padł na półki ze słodyczami. Starając się być silna w swoim postanowieniu trzymania diety, wzięłam do ręki gorzką czekoladę (ponoć jest zdrowa i nie tuczy). Wgapiałam się w nią parę minut, po czym odłożyłam i wzięłam mleczną. SHIT! W ciągu dnia zjadłam pół tabliczki.
No a teraz na noc znów wzięło mnie na makaron.
Nie mówiąc już o tym, że przed makaronem było kilka michałków. I cola... To straszne. Zupełnie brak mi silnej woli.
Jestem zwykłym mięczakiem!


czwartek, 8 listopada 2012

Prawie jak Kubuś Puchatek...


Nie cierpię rano wstawać, nie znoszę. Jestem sową, więc poranne wstawanie to dla mnie udręka. No, ale trzeba...
Oczywiście nie potrafię wstać na tyle wcześniej, żeby spokojnie wszystko przygotować przed wyjściem z domu. Zawsze szykuję się na ostatni moment. Jestem mistrzynią malowania się w minutę. Nawet niecałą:)
Najważniejsze to wyprawić dzieci. Podczas gdy one jedzą śniadanie, ja próbuję wypić kawę, co nie zawsze mi się udaje.
Dziś nie zdążyłam wypić kawy, nie zjadłam śniadania, tak więc rano chodziłam niczym śnięty zając.
Przed pracą wstąpiłam do sklepu, żeby kupić sobie bułkę. Z dużą torbą na ramieniu wychodząc z niego... zaklinowałam się w drzwiach. Nie wiem, jakim cudem. Torebka jakoś dziwnie się zakleszczyła i nie mogłam ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Stałam więc zaklinowana w drzwiach, czując się niczym Kubuś Puchatek, zaklinowany w jamce.
Nagle podeszła kobieta, która chciała wejść do sklepu. Stanęła przede mną, czekając aż wyjdę.
- Niestety, zaklinowałam się - poinformowałam ją.
Kobieta była najwyraźniej tak samo niedospana jak ja, bo zamiast mi pomóc, stała i patrzyła na mnie obojętnym wzrokiem.
- Aha - powiedziała w końcu, gdy do niej dotarło, że tak łatwo nie wyjdę. Stała jednak dalej.
A ja krok w tył, krok w przód. I nic, torebka tak zahaczyła, że mogłabym tam tańczyć, a i tak drzwi przyciskały mnie (może sklep nie chciał mnie wypuścić, bo za mało w nim kupiłam?)
Dopiero ktoś od wewnątrz, przesunął moją torbę na tyle, że mogłam wyjść.
Hmmm... Całe szczęście, że zaklinowałam się torebką, a nie jak Kubuś Puchatek - brzuchem. Zawsze to jakieś pocieszenie... :)

Pozdrawiam z zimnej i szarej Warszawy!


czwartek, 18 października 2012

Miały być zwykłe pozdrowienia, ale...


Właściwie chciałam napisać zwyczajne pozdrowienia z Teneryfy - tak jak to się pisze do koleżanek czy znajomych. "Kochani przesyłam Wam upalne pozdrowienia" i takie tam dyrdymały wakacyjne.
Ale zamiast zwyczajowych pozdrowień chciałabym się podzielić z Wami przedziwnym doświadczeniem, jakiego tu doznałam...

Mówi się, że podróże kształcą. Zgadzam się - dzięki nim poznajemy inne kultury, możemy obcować z zabytkami, ze sztuką - za każdym razem czuję miły dreszcz, kiedy na własne oczy mogę zobaczyć dzieła wielkich mistrzów, które podziwiałam w albumach. To jest niezwykłe i przyjemne.
Przyjemne jest znajleźć się w miejscach tak odległych i innych niż te, które mamy na co dzień. Cieszyć się niesamowitymi widokami, zapachami, dźwiękami, które zazwyczaj nam nie towarzyszą - choćby cykady czy szum oceanu.

Tak, dotychczas, myśląc o nowych doświadczeniach podczas podróży myślałam właśnie w ten sposób.

Ale dziś...
Okazuje się, że doświadczać można nie tylko za pomocą wzroku, węchu czy słuchu.
Na pewno pamiętacie, bo już kiedyś o tym pisałam, że uwielbiam gotyckie katedry. Siedząc w ich wnętrzach przenoszę się wiele lat wstecz, upajam ich spokojem, wyobrażam sobie ludzi, którzy w nich bywali.
To jest przyjemne uczucie, cudowne - tak przenieść się w czasie.

Na Teneryfie nie ma katedr. Nie ma zabytków, nie ma muzeów z działami mistrzów.
Wyspy kanaryjskie oferują cudowny klimat i zapierające dech w piersiach widoki.
Myślałam, że nic mnie tu nie zaskoczy. Nie pierwszy raz tu przecież jestem, byłam już i na Gran Canarii, i na Lanzarotte, więc znam ich specyfikę, także tę wulkaniczną.

Ale tym razem doświadczyłam czegoś dziwnego: tutaj na Teneryfie inne są skały, bardziej mroczne, ciemniejsze, nie potrafię tego nazwać.

Kilka dni temu byliśmy w miejscu, gdzie pośród skał zrobiono naturalne baseny (są tam przymocowane drabinki do skał). Oczywiście i mój mąż, i dzieciaki chciały się kąpać, tym bardziej że w jednym z nich pływały rybki.

Poszliśmy tam i nagle poczułam niewytłumaczalny lęk, niepokój, jakąś dziwną energię tego miejsca. Nie wiem, co się ze mną działo, nagle zaczęły lecieć mi z oczu łzy, nie mogłam ich powstrzymać. Powiedziałam, że nie chcę tam być. Wymusiłam, żebyśmy stamtąd poszli.

Najpierw myślałam, że te odczucia są spowodowane lękiem o dzieci - że moja wyobraźnia podświadomie wysyła sygnał: uważaj, mogą się pośliznąć na tych skałach i wpaść do wody - i stąd ten niepokój (a dodam, że ludzi tam było sporo, również dzieci).
Ale kilka dni później, w innym miejscu doświadczyłam podobnego niepokoju - tym razem byłam bez dzieci, nie chodziłam również po skałach. Wystarczył widok.

Zwyczajny wieczorny na spacer, wzdłuż wybrzeża. Za małym portem była maleńka zatoczka, z czarną plażą, oczywiście wśród skał. Widok do którego przecież jestem przyzwyczajona. I nagle znów uderzyło mnie to przedziwne uczucie niepokoju.
Nagle cofnęłam się do czasów Kolumba, zobaczyłam ludzi w szarych łachmanach, którzy czekają w tej zatoczce na statki, ale one nie wszystkie dopływają - część rozbija się na tych skałach, ludzie skaczą z nich, zabijają się. Ale nikt nie zwaraca na to uwagi, bo to normalne. Widziałam handlarzy i prostytutki, złodziei i kobiety z tobołkami, w których kwiliły niemowlęta. Widziałam szczury.

Nie wytrzymałam tego widoku. Musiałam uciec stamtąd.

Przerażające. I piękne zarazem. Ale bardziej przerażające. Pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego.

Podobno miejsca mają własną historię, własną energię. Może czasem trzeba się wyciszyć, żeby ją odkryć. Nie tylko zdjęcia z kolorowych pocztówek, ale i takie miejsca, ciemne i mroczne. Gdzie fale rozbijają się, a woda pieni niespokojnie.

Ufff, ale żeby nie było tak ponuro, to oczywiście Teneryfa jest przepiękna, warto tu przyjechać, jak zresztą i na inne wyspy:)

Pozdrawiam ciepło i słonecznie!




czwartek, 13 września 2012

O bakteriach rzecz krótka:)


Mój siedmioletni syn wszedł właśnie w fazę przemyśleń na temat życia i filozoficznych wywodów.
Bardzo chciałabym odpowiedzieć na wszystkie pytania, które mi zadaje, żeby być w jego oczach tą baaaardzo mądrą mamą. Niestety są chwile, gdy wymiękam...
Ostatnio zadał pytanie:

- Czy można się urodzić bakterią?
- Hmmm? (nie bardzo widziałam o co mu chodzi) Jak to urodzić się bakterią? - spytałam.
- No, bakterią. Ja się urodziłem akurat człowiekiem, a czy można się urodzić bakterią?
- Raczej nie... Ludzie rodzą się ludźmi - odpowiedziałam głupio, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.
- To skąd się biorą bakterie? - drążył.
- Yyyy... - Starałam się odgrzebać w pamięci lekcje biologii i jakieś informacje na temat rozmnażania się bakterii, ale czarna dziura, nic nie pamiętałam. Na szczęście z opresji wybawiła mnie córcia, która zaaferowana przybiegła z podwórka, gdzie zauważyła martwego robaka.
- Mamo, mamo, tam leży jakiś stworz umarnięty!
- Co leży?
- Potwór! - krzyczała zaaferowana, ciągnąc mnie za sobą.
Pobiegliśmy.
- E tam, to tylko żuk. - Mój syn nie krył rozczarowania.
Przyglądaliśmy się żukowi kucając. Już myślałam, że temat bakterii minął i mi się upiekło, ale nie, dowalili z innej strony.
- A ile żyją żuki? - spytał mój syn.
(cholera, skąd mam to wiedzieć?????)
- No... trochę żyją - odpowiedziałam oględnie z miną znawcy. - Ten już był bardzo stary.
- A czy żuki są głuche? - zainteresował się nagle, wciąż kucając i przyglądając się żukowi.
- Nie, dlaczego?
- Bo jakoś nie widzę uszu...
- A mają nosy? - podchwyciła temat córcia.
Rozłożyłam ręce. To już za wiele.
- Sprawdzimy w internecie - odpowiedziałam zrezygnowana.
No cóż, walczyłam o pozycję wszechwiedzącej do końca. Nie udało się. Już prawie udało się z bakterią, ale poległam z żukiem.

środa, 5 września 2012

moje książki na liście TOP w empiku:)


Chwalę się:) Moje książki w formie audio wskoczyły na listę TOP w empiku:)
Cuuudnie ujrzeć taki znaczek:)

Mała rzecz, a cieszy!



czwartek, 23 sierpnia 2012

Upalne lato w Toskanii


Klimaty miejskie, bo widoczki mam na innym aparacie:)

Ale widoki, jak widoki - latem, gdy pola już po sianokosach - przedstawiają się podobnie jak u nas. Nie licząc winnic i przeuroczych, starych bram, prowadzących do ukrytych wśród pagórków posiadłości - na wsiach w sierpniu królują bele ściętej pszenicy (chyba to pszenica) i zaorane pola.

Natomiast miasta - stare, średniowieczne,oplecione obronnymi murami, pozwalają przenieść się w czasie i docenić urok średniowiecznej architektury.
Oczywiście zahaczyłam też i o katedry w Sienie i we Florecji. Piękne, renesansowe, wyniosłe i bogate w swych zdobieniach budowle.
Zbyt bogate - zdecydowanie wolę te mroczne, gotyckie:)









środa, 25 lipca 2012

Szaleństwo spadających gwiazd


Myślałam, że fartem udało mi się przyuważyć kilka spadających gwiazd w ciągu zaledwie paru minut. Wyglądało to bajecznie. Okazuje się, że to nie mój fart, a tylko nasilenie zjawiska, które będzie trwało aż do końca sierpnia!

czas spadających gwiazd

Zachęcam was do wyglądnia w niebo. Nieczęsto jest okazja, by wypowiadać aż tyle życzeń. Kulminacja nastąpi 12 sierpnia - wtedy może spaść nawet 50 gwiazd w ciągu godziny:) Macie aż tyle życzeń?? A może wystarczy jedno - powtarzane za każdym razem, gdy spada gwiazda? :)

Życzę spełniania marzeń i schwytania wielu, wielu spadających gwiazd!

Pozdrawiam!
Aleksandra

piątek, 29 czerwca 2012

Polowanie na myszy


Jeszcze nie skończyło się moje polowanie na skarpetki, a już zaczęło się kolejne.
Tym razem na... myszy.

Moja kotka, gdy tylko robi się ciepło, wykorzystuje każdą okazję, by wymknąć się z domu. Na szczęście nie jest zbyt odważna, by podróżować daleko, zazwyczaj czatuje pod domem, wypatrując w trawie ruszających się zwierzątek. A to przyplącze się ptaszek, a to mysz. Kocica dumna i blada przynosi zdobycze do domu. Żywe zazwyczaj, więc potem jest problem, żeby gościa złapać i odnieść w bezpieczne miejsce. Nie mówiąc o tym, że gość ów mocno jest zestresowany przymusową u nas gościną.
Kocica się tym nie przejmuje. Nie rozumie, że to, co dla niej jest zabawą w kotka i myszkę, dla biednej myszki już takie zabawne nie jest.

Wczoraj znów przyprowadziła w zębach koleżankę i dobrze się bawiła. Myszka wpadła do łazienki, kocica za nią, na końcu ja, bo w porę zauważyłam co się dzieje.
Wygoniłam kota, zamknęłam drzwi i zaczęłam gorączkowo się rozglądać za jakimś pojemnikiem, do którego mogłabym włożyć zwierzątko. W tym czasie myszka śmignęła wzdłuż ściany, hyc za rurę i tyle ją było widać.
Wyszłam więc, zamknęłam drzwi i czekałam na ratunek w postaci męża.
Kiedy przyjechał wpadł na pomysł, aby zastawić pułapkę, a mianowicie słoik z serem. Naiwnie liczył na to, że mysz zapomni o czającym się gdzieś nieopodal kocie i skuszona zapachem przyjdzie na ucztę. Nie była taka głupia. Kilka godzin i nic.
Dzieciaki miały za to radochę, czatując pod drzwiami i obserwując przez szparę pusty słoik.
Po kilku godzinach mąż uznał, że zmieni metodę. Zamknie się z tym lwem sam na sam, wypłoszy go zza rury i złapie w słoik. Zaopatrzył się więc w patyk do szaszłyków, by móc dostać się nim w mało dostępną szparę za rurą. Wcześniej wyjaśnił zdezorientowanym dzieciom, że nie będzie myszki nabijać i na pewno nie położymy jej na grillu, a jedynie tępym końcem chce ją trochę sploszyć, żeby wyszła z ukrycia.

Niestety, metoda okazała się nieskuteczna, ponieważ... myszki za rurą nie było. Musiała się przemieścić niewiadomo gdzie. Ponoć myszy potrafią wejść w każdą szparę (jak skarpetki:) )

Minął wieczór, przyszła noc... A z nocą dziwne hałasy w przedpokoju.
Kocica przewracała stojące tam buty, robiąc z nich pobojowisko. Domyśliłam się, że mysz, myśląc iż wszysycy już śpią, wyszła z kryjówki i zamierzała opuścić nasz dom, ale kot był czujny.
Bałam się zaglądać między buty, a nie chcąc budzić męża, pozamykałam dookoła wszystkie drzwi i wróciłam do łóżka mając nadzieję, że jeśli mysz weszła do jakiegoś buta, to właśnie do jego.
Rano na wszelki wypadek kazałam dzieciom założyć sandały, sama również tak zrobiłam, a męża lojalnie uprzedziłam, że może go czekać niespodzianka.

Wrociwszy po południu znalazłam tę mysz. Piętro niżej, przy schodach, stała nieruchomo. Przeszłam obok niej, nie wyglądała na martwą, ponieważ stała - łapki rozczapirzone, ogon prosto. Ale że stała jak posąg, to nie wyglądała też na żywą.
Jako że mysz się nie ruszała, to i kocica straciła nią zainteresowanie.
Bałam się ją ruszać - bo ogólnie boję się myszy. Znów pozamykałam drzwi, żeby gdzieś nie wbiegła i czekałam na posiłki w postaci męża.
Kiedy przyjechał zapomniałam mu o niej powiedzieć i zrobiłam to dopiero późnym wieczorem. Mysz więc stała w niezmienionej pozycji kilka ładnych godzin!
Okazało się, że żyje! Była chyba na tyle już wymęczona, zestresowana, że nie miała siły się ruszyć.
Wyniósł ją na dwór. Mam nadzieję, że biedna myszka dojdzie do siebie.
A ja czekam na kolejną zdobycz mojego kota. I znowu zacznie się polowanie. Uroki lata...


środa, 27 czerwca 2012

skarpetkowy potwór



Dziś mało romantycznie - proza życia:)
:) nie ma pomyłki w temacie - jestem już na tyle sfrustrowaną poszukiwaczką zaginionych skarpetek, że postanowiłam o tym napisać.

Otóż u mnie w domu występuje problem znikających skarpetek. Znika zazwyczaj jedna, bo druga jest. Co chwila kupuję dzieciom skarpetki i co chwila zostaję ze stertą pojedynczych sztuk. Moje też giną. Jedynie mój mąż wpadł na pomysł, że kupi sobie kilka par takich samych skarpetek, dzięki czemu problem skarpetek nie od pary się skończy. I rzeczywiście, w jego przypadku o parę nie trudno, ale i tak zawsze gdzieś zostanie pojedyncza - ilość tych samych skarpetek niebezpiecznie się kurczy.

Zaznaczę, że inne ubrania, nawet te najdrobniejsze, nie giną. Tylko skarpetki.
Czasem jestem tak zawzięta, że szukam, nawet w najmniej prawdopodobnych miejscach - no przecież nie mogły się zapaść po ziemię!
Nie ma.

Rozmawiałam z przyjaciółmi, u których występuje dokładnie ten sam problem. Kolega wysnuł teorię, że w pralce jest czarna dziura, która wssysa te skarpetki. Lecz teoria legła w gruzach - wszak giną pojedyncze, nie wsysa par.

Inna wysnuta teoria mówi o skarpetkowym potworze, który nocą podjada skarpetki. Żywi się nimi, nie bacząc, czy małe, czy duże, jakiego są koloru. Lecz to też nie tłumaczy faktu, iż skarpetki znikają pojedynczo.

I trzecia, najbardziej trafna teoria, którą wysnuliśmy: skarpetki zjadają siebie nawzajem!

Ostatnio mój syn spał u swojego przyjaciela z klasy. Dałam mu ubrania na zmianę. Na drugi dzień, gdy po niego przyjechaliśmy okazało się, że tata tego kolegi robił pranie, wrzucił więc i ubranie mojego syna z poprzedniego dnia, żeby dać je nam czyste (jaki miły facet - mój mąż nie pali się do robienia prania). Gdy je oddawał zaznaczył, że... jest tylko jedna skarpetka.

- To nie będę jej zabierać - powiedziałam. - Zostaw u siebie, może się ta druga znajdzie.
- Już szukałem... Albo ją wessało w czarną dziurę, albo została pożarta.
- A może się pokłóciły i teraz ta jedna siedzi gdzieś w kącie... Jak jej przejdzie to może wyjdzie.
- Niemożliwe, do prania wrzucałem dwie. Nie zdążyłaby wybiec z pralki i się schować, zauważyłbym. Prawdopodobnie została pożarta w środku, podczas prania.
- Biedna. A ta złośliwa - spojrzałam na leżącą, upraną, pozornie niewinną skarpetkę. - Bestia.

Skarpetka trafiła do koszyka z pojedynczymi skarpetkami, w nadziei, że jej druga połówka może się jednak odnajdzie. Chociaż nie mamy złudzeń - nie znajdzie się.
Ja też mam taki koszyk i niestety, zamiast ubywać - pojedynczych skarpet w nim przybywa.

To niewiarygodne! Co się z nimi dzieje???





środa, 6 czerwca 2012

dylematy moralno-ekologiczne


Wyjmowałam listy ze skrzynki, gdy podjechał na rowerze pewien pan. Wiek na oko 35 lat, ubrany w dżinsowe spodnie i t-shirt, a właściwie podkoszulek na ramiączkach.
Myślałam, że chce wrzucić do skrzynki ulotkę, ale on zaczął rozmowę:

On: Dzień dobry (głos cichy, wzrok wbity w ziemię, wywnioskowałam zatem, że nieśmiały)
Ja: Dzień dobry
On: Może ma coś pani do przewiezienia?
Ja: Do przewiezienia? Na rowerze?
On: Mam samochód transportowy, mógłbym coś poprzewozić...
Ja: Aha. Niestety, aktualnie nic nie mam.
On: Gdyby miała pani w przyszłości coś do przewiezienia, to ja chętnie. Mieszkam niedaleko, a ceny mniejsze niż w firmie przewozowej.
Ja: Dobrze, dziękuję za informacje.
On: Wywożę również śmieci, stare meble gdyby pani potrzebowała.
Ja: Stare meble mam, planowałam nawet zamówić kontener w firmie sprzątającej. Mam stary fotel, kilka szafek, które mi zawalają miejsce na strychu.
On: To ja mogę wywieźć. A kiedy?
Ja: Nie wiem, zaskoczył mnie pan dzisiaj, nie myślałam o terminie. Muszę pomyśleć.
On: Mógłbym też coś pomalować...
Ja: Pomalować? Czyli jest pan złotą rączką?
On: Malowałem kiedyś garaż, ale jak trzeba to i dom odmaluję...
Ja: Rozumiem, że po prostu szuka pan zajęcia?

Kiwnął głową.Przyjrzałam się mu bliżej, widać było, że zależy mu na jakiejkolwiek pracy. Rower na którym przyjechał był mocno zniszczony, w metalowym koszyku z tyłu dojrzałam cztery ogórki kiszone w torebce oraz serek homogenizowany. Pomyślałam, że chłopak nie ma pracy, chce zarobić, właściwie dlaczego nie?
Nie miałabym odwagi zaproponować mu odmalowania czegokolwiek w domu, skoro jego jedyne doświadczenie opierało się na malowaniu jakiegoś garażu. Ale pomyślałam, że mógłby wywieźć te stare meble. Przez myśl mi jednak przeszło, że w jego sytuacji raczej nie mogę się spodziewać, iż ma on podpisaną umowę z legalnym wysypiskiem śmieci, a nie chciałabym, żeby wywiózł te meble do jakiegoś lasu. Spytałam więc:

- A dokąd pan te meble wywozi?
On: A różnie, do ludzi. Mam kilku odbiorców. Nie mają czym palić w zimie... To wszystkim się pali.
Ja: ..... (nie wiedziałam, jak zareagować, zaskoczył mnie szczerością) Aha... Wie pan co, to może niech mi pan zostawi numer do siebie i kiedy będę potrzebowała to do pana zadzwonię.
On: Dobrze. (dał mi coś w rodzaju ulotki z numerem telefonu, pożegnał się i odjechał)

Ja natomiast zostałam z dylematami natury moralno-ekologicznej.
Z jednej strony dotarło do mnie, że gdzieś w okolicy mieszkają ludzie, którzy nie mają w zimę czym nagrzać swoich domów. Nie stać ich pewnie na gaz, tudzież węgiel, drewno, czy cokolwiek innego, czym się ogrzewa. Skoro więc mam stare niepotrzebne meble, wykonane z drewna to dlaczego nie miałabym ich oddać do spalenia?
Ano właśnie. Tu zaczynają się dylematy ekologiczne. Wszak meble są malowane farbą, pokryte lakierem etc. Fotel jest oblekany jakąś tkaniną. Raczej nie nadaje się to do spalenia w zwykłym piecu, gdy ulatniające się chemiczne związki mogłyby przedostać się nie tylko do atmosfery, ale przede wszystkim nie wiadomo czy nie zaszkodziłyby wdychającym je ludziom.
Trudno mi sobie wyobrazić, aby skrobali te meble z farby przed spaleniem...

Takie to dylematy mnie naszły...





poniedziałek, 4 czerwca 2012

Szczęście pachnie bzem - recenzje + wyniki konkursu



Zawsze zjada mnie przeokropna trema, gdy książka wchodzi na rynek. Najchętniej wcisnęłabym się w mysią dziurę i nie wystawiała pyszczka, aż trema minie. Nie wiem, czy kiedykolwiek się jej pozbędę.


Minęły dwa tygodnie od czasu premiery. Udało mi się na chwilę uciec do Barcelony i chłonąć spokój płynący z gotyckich katedr. Uwielbiam katedry. Mimo że zazwyczaj pełne turystów, to nie odczuwa się ich obecności. Można na chwilę odpłynąć w całkiem inny świat - tajemniczy, wciąż obecny w murach, zapachach, niby niewidzialny, a jednak odczuwalny, niemal namacalny.

Myślę, że nieopodal jednej z tych katedr, przy małej krętej uliczce, w ciemnym zaułku ukryte jest wejście do Cmentarzyska Zapomnianych Książek. Następnym razem wezmę ze sobą chloroform, aby uśpić wszelkich stojących na drodze strażników i znajdę tajemne drzwi.


A propos książek. Ukazały się już pierwsze recenzje "Szczęście pachnie bzem", za które ślicznie dziękuję. Poniżej wklejam linki:

sabinkowe czytanie

zakurzona półka

książki wino i ja



A a propos "Szczęście pachnie bzem" do tych, którzy brali udział w konkursie na blogu Sabinki: zostały już zamieszczone wyniki:)
wyniki są tu

W imieniu Sabiny oraz swoim dziękuję za udział, a zwycięzcom gratuluję oraz życzę przyjemnej lektury!

Pozdrawiam ciepło nocą z zalanej deszczem Warszawy!
Aleksandra Tyl

środa, 23 maja 2012

pomarańcze w Barcelonie


Podczas, gdy u nas przyroda budzi się do życia, w Barcelonie drzewa uginają się od dorodnych pomarańczy. Niezwykły to widok. Tym bardziej, że uchwycony w samym centrum miasta.
Przesyłam Wam pomarańczowe pozdrowienia:)



A tu jeszcze dwa zdjęcia pokazujące niezwykłe kontrasty tego miasta.







poniedziałek, 14 maja 2012

Szczęście pachnie bzem


Dziś premiera powieści "Szczęście pachnie bzem".
Książka swoją przedpremierę miała na Targach w Warszawie.
Cieszę się, że wyszła w momencie, gdy wokół kwiną bzy:)



czwartek, 10 maja 2012

ABC u Sabinki



Dziś zapraszam Was na blog "Sabinkowe czytanie", gdzie ukazało się kolejne ABC. Tym razem ze mną:)
Zapraszam do udziału w konkursie, w którym wygrać będzie można moją najnowszą powieść.

Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tej zabawie i dziękuję Sabince za pamięć i okazaną mi cierpliwość:)

Wrzucam link:
ABC Sabinkowe czytanie


wtorek, 8 maja 2012

Przyszedł maj, a z majem bzy



Kiedy wyjeżdżałam na majówkę mój prywatny przydomowy bez dopiero co wypuszczał pączki:)
Nie sądziłam, że uda mu się w ciągu tygodnia rozkwitnąć. Tymczasem, gdy wróciłam do Warszawy czekała na mnie niespodzianka: rozkwitł! Jest śliczny, nie mogę się napatrzeć.
Zrobiłam nawet zdjęcie w popołudniowym słońcu.


sobota, 5 maja 2012

Uroczy wieczór przy jazzie

Mam nadzieję, że nie przepracowujecie się podczas długiego weekendu?
Ja spędzam majówkę w górach - w Ustroniu. Od kilku dni upajam się widokami oraz świeżym górskim powietrzem, popijając (hmmm... wypadałoby napisać, że Ustroniankę..., ale w hotelu dają niejaką "Górską Naturę" - producent pepsico. Cóż za ignorancja z ich strony!)wodę - w dzień, a wieczorami nie sposób w górach odmówić sobie czegoś o wyraźniejszym smaku:)

Dziś załamała się pogoda, siąpił deszcz. Z okna mam cudny widok na góry, dzięki czemu nawet w taką pogodę przyjemnie jest oglądać zachmurzone, osnute mgłą szczyty.
Wieczorem miasteczko wymiera. Niewiele się tu dzieje, ale dzięki taksówkarzowi odkryłam miejsce, w którym ma się ochotę siedzieć wciąż i wciąż. Niejaki Angel's pub. Jeśli będziecie w Ustroniu to koniecznie tam zajrzyjcie, bo warto.
Dziś spędziłam tam uroczy wieczór - grano muzykę na żywo. Tomasz Pala Trio. Jazzujące, przyjemne kawałki, a że siedziałam wbita w miękką kanapę niemalże pod sceną - oprócz walorów słuchowych mogłam również cieszyć oczy widokiem przystojnego pianisty. Well... Napisałam już powieść o skrzypku, może więc czas na pianistę? Tak czy inaczej - wrażenia z wieczoru naprawdę przyjemne.

I dochodzimy do sedna sprawy, o której Wam chciałam napisać, a może nawet podyskutować.
Otóż: miejsce fantastyczne, z klimatem, dziś koncert, w sam raz na taki siąpiący deszczem wieczór.
A ludzi - brak. Szok. Kilka stolików zajętych, choć spodziewałabym się tłumów. Wszak dodatkowo jest długi weekend, mnóstwo turystów - nie mówiąc już o stałych bywalcach sanatoriów tutaj.
A mimo to wiało pustką.
Kelner żalił się, że ostatnio rzadziej organizują takie koncerty, ponieważ nie ma ludzi.
- Jak to nie ma ludzi - pytam się. - Przecież na ulicach potykają się o siebie, w knajpach siedzą, po górach chodzą.
- No, po prostu nie ma chętnych... - wyjaśnił smutno.

Taksówkarz był bardziej rozmowny. Okazało się, że ludzie owszem są - tyle że walą tłumnie do smażalni ryb (sic!), gdzie co wieczór odbywają się tańce przy akompaniamencie muzyki z płyt.
Zajrzałam do Smażalni... Pękała w szwach! Cały przekrój społeczeństwa: od młodzieży, poprzez starszych, aż po mocno posuniętych w latach kuracjuszy.
No fajnie, ludzie lubią się zabawić, potańczyć. Ale w Smażalni? Smażalni????
Podczas, gdy kilka minut spacerkiem dalej jest urocze miejsce z muzyką na żywo i doskonałym wystrojem wnętrza - dbałość o szczegóły imponująca. W dodatku pyszne jedzenie (ceny normalne).

Zadaję więc sobie pytanie: dlaczego ludzie wybierają Smażalnię???

Oczywiście nie mam nic przeciwko smażalniom czy innym. Zastanawia mnie tylko proporcja: tu tłum, a tam wieje pustką...

Może ktoś z Was pokusi się o diagnozę?

Pozdrawiam z gór!
Aleksandra Tyl


piątek, 20 kwietnia 2012

"Miłość wyczytana z nut" wersja audio do wygrania



Kochani, jakiś czas temu obiecałam, że gdy tylko dostanę egzemplarze autorskie audiobooka "Miłości" to zorganizuję konkurs:)

Tak więc niniejszym ogłaszam tygodniowy konkurs:

Pytanie brzmi: Po czym poznajemy, że jesteśmy zakochani?

Nagrodzone zostaną 3 najbardziej kreatywne odpowiedzi. Zachęcam do tego, żebyście przypomnieli sobie to wspaniałe uczucie zakochania i opisali je. A może w tej chwili go doświadczacie?

Wpisujcie się w komentarzach. Wyniki zostaną ogłoszone za tydzień - w piątek.
Miłej zabawy!

Do wygrania oczywiście audiobook "Miłość wyczytana z nut" wydany przez Lissner Studio.




czwartek, 19 kwietnia 2012

kontynuacja Alei Bzów




Kochani, miło mi poinformować, że na 14 maja zaplanowana jest premiera książki "Szczęście pachnie bzem". Tytuł nawiązuje do Alei Bzów nie bez powodu:)
Z jednej strony są to bowiem dalsze losy bohaterów, a z drugiej strony - książka którą można czytać niezależnie jako powieść o... tak, tak o szczęściu też... Ale przede wszystkim o sile przyjaźni.




piątek, 24 lutego 2012

Jestem podglądaczką



Lubię zaglądać ludziom do okien. Intryguje mnie świat ukryty za firanką.

Zawsze, widząc kawałek mieszkania, zastanawiam się, kto tam mieszka, kim jest, co robi, jak wygląda jego życie.

Oczywiście nie staję przed oknem, nie podskakuję, by zajrzeć głębiej. Zerkam sobie mimochodem, ukradkiem.
Lubię dojrzeć choćby lampę, obraz na ścianie. Pełnia szczęścia jest, gdy zauważę kawałek mebla:) To pomaga w zbudowaniu całej historii, którą tworzę sobie w głowie.

Dziś, kolejny raz - to już chyba obsesja - przejeżdżając wieczorem ulicami Warszawy, zadzierałam głowę, wgapiając się w okna.

Zauważyłam, że w nowych budynkach, gdzie zapewne mieszkają młodzi ludzie, nie ma firanek. To psuje cała zabawę. Wszystko widać, jak na dłoni, brakuje niedopowiedzenia.

Najlepsze są stare kamienice i bloki, gdzie nie dość, że okna są stare, to i firanki grube, a często i zasłony wiszą. Aura tajemnicy, skrzętnie skrywanej, niedostępnej... Raj dla podglądaczy.

Tak, zdecydowanie mogę się nazwać podglądaczką...


środa, 15 lutego 2012

Najpiękniejsza walentynka świata



Walentynka, którą dostałam wczoraj od swojego synka (6 lat).

To najpiękniejsza walentynka, jaką kiedykolwiek dostałam!!!







piątek, 10 lutego 2012

recenzje + wywiad



Zamieszczam poniżej recezje, które właśnie wyszperałam w sieci.
To ogromna radość dla autora czytać, że książki się podobają.
Ech, co tu dużo gadać, wzruszyłam się.
W dodatku jedna z recenzentek umieściła pod recenzją piosenkę Hanki Ordonówny, świetnie obrazującą treść "Miłości", więc teraz oczywiście rozczulam się i nucę.

książkowo i życiowo - recenzja "Miłości wyczytanej z nut"

Lektury wiejskiej nauczycielki - recenzja "Alei Bzów"

Anna - moje książki - recenzja "Alei Bzów


Przy okazji, zapraszam na blog Pitera Murphy'ego, który zamieścił dziś wywiad ze mną. Wspominam tam o kolejnej książce - będącej kontynuacją "Alei Bzów" - która ukaże się w maju. Zapraszam serdecznie:

pisany inaczej - wywiad



piątek, 3 lutego 2012

druga tura głosowania



Drogie Internautki i Internauci:)

Bardzo dziekuję za głosy oddawane na "Aleję Bzów", bo dzięki Waszym głosom przeszła ona do drugiej tury w plebiscycie na Najlepszą Książkę Roku 2011, organizowanym przez granice.pl
W drugiej turze można głosować do 16 lutego
głosowanie twa tu

Cieszę się, że książka się podoba i mimo że pewnie trudno jej będzie pokonać trzy tomy Cukierni, która też bierze udział w konkursie, to i tak ogromnie się cieszę, iż Aleja znalazła się wśród pięciu najwyżej ocenianych. Bardzo dziękuję za głosy!

Ogólnie jakiś ckliwy mam dzisiaj dzień... Wczoraj późno w nocy, usłyszałam za oknem miauczenie kota. Nie takie zwykłe "miau", ale bardziej "mrrau" (ci którzy mają koty pewnie wiedzą o jaką różnicę chodzi), takie nawoływanie. Najpierw myślałam, że to moja kocica, ale okazało się że ona słodko śpi w fotelu.
Od razu wyjrzałam więc na zewnątrz, bo - chociaż moja kocica nie znosi konkurencji - nie miałam sumienia udawać, że tego nie słyszę. W taki mróz przecież mógłby na dworzu nie przeżyć. Byłam gotowa wziąć go do domu, a potem martwić się, co dalej.
Ale pomimo iż nawoływałam, cmokałam, zapraszałam, to odpowiedziała mi cisza. Może sobie poszedł (lub poszła), nie wiem, bo miauczenie, zanim otworzyłam balkonowe drzwi, słyszałam wyraźnie, więc raczej gość pod oknem jakiś był.
I dzisiaj wciąż się zastanawiam, czy ten biedny kot znalazł schronienie, czy się tak tułał zmarznięty i głodny...

Mogłyby już odpuścić te mrozy. Zdecydowanie wolę wiosnę.



środa, 1 lutego 2012

odeszła Wisława Szymborska



Właśnie się dowiedziałam, że Wisława Szymborska nie żyje...

Mimo że taka kolej rzeczy, to jednak smutno.
Ale będzie żyła w nas.

Nie wiem, który z jej wierszy lubię najbardziej. Obok żadnego nie sposób przejść obojętnie. Poniżej, ku pamięci wybitnej Poetki wklejam ten, który tak często sama sobie cytuję: Nic dwa razy się nie zdarza...


Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.

Wisława Szymborska


wtorek, 31 stycznia 2012

Dzień przytulania:)



Taką dziś miałam refleksję, że pomimo iż jestem baaardzo ciepłolubna i wiecznie mi zimno, to jednak wolę ten mróz, bo zarazem świeci słońce - niż gdy było buro i ponuro.

A przed chwilą się dowiedziałam, że dzisiaj był (jest jeszcze!) Dzień Przytulania!
To chyba najlepszy sposób na mrozy:)



niedziela, 22 stycznia 2012

Najlepsza Książka Roku 2011 - głosowanie




Kochani, "Aleja Bzów", która wygrała plebistyt na Najlepszą Książkę na Wiosnę wortalu granice.pl bierze teraz udział w głosowaniu na Najlepszą Książkę Roku 2011 w kategorii powieści obyczajowe i romanse.

Głosować można tu:
Najlepsza książka roku - głosowanie

Głosujcie:)
Do wygrania nagrody książkowe:)

Konkurencja jest spora, więc trzymajcie kciuki za "Aleję". Ja trzymam!


wtorek, 10 stycznia 2012

"Miłość wyczytana z nut" w wersji audio bestsellerem:)



Miło mi poinformować, że "Miłość wyczytana z nut" ukazała się w formie audiobooka.

I od razu się chwalę, bo dopiero co wyszła, a już wskoczyła na listę bestsellerów w Amazonce:)
W dodatku jest na pierwszym miejscu:)

amazonka - lista bestsellerów audio

Książkę w formie audio wydało Lissner Studio.