środa, 28 listopada 2012

Jesienne przesilenie


Kiedyś lubiłam jesień... Spacery po parku, szelest kolorowych liści, wilgotne poranne mgły.
Ale od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że jesień nam zanika. Że zamiast okresu przejściowego, po lecie przychodzi czas przedzimowy - szaro i zimno.
Jest mi zimno. Może powinnam wyciągnąć już kurtkę puchową zamiast jesiennego płaszcza... Czapkę i rękawiczki dawno już wyjęłam.

Zastanawiam się, czy to ja wraz z wiekiem coraz bardziej marznę, czy po prostu klimat się zmienił...

sobota, 17 listopada 2012

Perfekcyjna Pani Domu


Ostatnio różne mądre głowy zaczęły mocno krytykować ten program.

A ja go lubię:)
Obejrzałam w internecie prawie wszystkie odcinki:)
Nie jestem idealną panią domu. Właściwie jestem bałaganiarą, na noc nie składam rzeczy tylko rzucam byle jak na toaletkę obok łóżka. Tym sposobem na toaletce zamiast flakonów perfum, szkatułek czy innych pierdół, które powinny się tam znajdować mam stertę ubrań, które ogarniam dopiero gdy zaczynają mnie wkurzać.
Najczęściej wwalam je do garderoby obiecując sobie, że w wolnym czasie się tym zajmę. Zamykam drzwi i po problemie.

Ale oto nadeszła Perfekcyjna Pani Domu!
I z jednej strony wyleczyła mnie z kompleksów (bo miło popatrzeć, jaki bałagan mają inni - w porównianiu z nimi mój dom lśni:))
A z drugiej strony zainspirowała do tego, aby w końcu uporządkować te ubrania, w których rzadko albo w ogóle nie chodzę, wyrzucić stare buty, jakieś rupiecie zalegające po szufladach (w nadziei, że kiedyś się przydadzą).
Bo jestem totalnym chomikiem, zbieraczem - na strychu piętrzą się pudła z pamiątkami, zabawki moich dzieci, doniczki, stare kurtki, i nawet nie wiem, co jeszcze by się tam znalazło.

I tym sposobem, niby sprzątane regularnie i mogę stwierdzić, że nie mam kurzu i porządek tak ogólnie w miarę na co dzień jest, to w szczególe znalazłby się niejeden diabeł w szafie.

Dzisiaj wzięłam się za wyrzucanie. Takie bez sentymentów. metodą 3 P (pożyteczne, pamiątkowe, piękne). Nie jest łatwo, bo większość wydaje mi się albo pożyteczne (może kiedyś się przyda), albo pamiątkowe. Co za tym idzie wszystko widzę jako piękne.
Dopiero uczę się selekcjonowania.
Póki co udało mi się zapełnić jeden worek i jestem z siebie dumna.
Mam nadzieję, że do świąt się wyrobię:)

Niech sobie krytykują. Mnie się ten program podoba:)
Idę zapełniać kolejny worek. Do wieczora jeszcze trochę czasu, potem kąpiel i szykowanie się na wyjście. A w drodze na imprezę mam zamiar zahaczyć o kontener na ubrania. Przyjemne z pożytecznym, ot co:)

środa, 14 listopada 2012

Jestem cholernym mięczakiem


Mogłam się spodziewać, że po ostatnich wojażach i delektowaniu się włoską i hiszpańską kuchnią (makarony, kolorowe sosy, ryby mniam, mniam) nie upiecze mi się i po powrocie do Polski trzeba będzie przejść na dietę.
Mogłam się spodziewać...
Tymczasem najwyraźniej uznałam, że MNIE to nie dotyczy i ostatnie tygodnie żyłam sobie beztrosko, w błogiej niewiedzy, z dala od wagi, kontynuując cudownie aromatyczne akrobacje w kuchni (uzależniłam się od chilli!).
Ale nie da się uciec od brutalnej rzeczywistości. Choćby człowiek nie wiem jak głęboko chował tę cholerną wagę, to zawsze się znajdzie wredna przyjaciółka, która niby mimochodem postanowi ją wywlec z kąta.

Otóż to... w miniony weekend przyjechała do mnie koleżanka. Miała ze sobą bagaże, planując na drugi dzień prosto ode mnie jechać na lotnisko. Spędziłyśmy cudowny wieczór przy winie (i makaronie oczywiście - dałam popis swojej sztuki kulinarnej. Dodałam niestety tak dużo chilli, że aż mnie wygięło, gdy jadłam. Ale nie było nic innego w nocy do jedzenia, więc ostatecznie lepszy ostry makaron niż nic).
Tak czy inaczej, po przegadaniu całej nocy, odespaniu jej aż do południa, pod wieczór przyszedł czas na to, aby się pożegnać.
I właśnie wtedy padło pierwsze pytanie o wagę.
- Muszę zważyć walizkę - stwierdziła nagle przyjaciółka, martwiąc się, że będzie miała nadbagaż. - Masz wagę?
Przygryzłam wargi, udając, że myślę. Tymczasem rzeczywiście myślałam, a właściwie panikowałam, wiedząc, że jeśli przyniosę wagę, to na ważeniu bagażu się nie skończy.
- Nie mam - odpowiedziałam po dłuższej chwili.
- Nie masz w domu wagi? Każdy ma!
- Ja nie mam. Popsuła się. Jakiś czas temu...
- Może baterie padły?
- Chyba tak. Niestety nie mam nowych, bo to były takie niewymiarowe, trudno je dostać. No, nie mam wagi. Zważę ci ręcznie.
- Jak to ręcznie?
- Zwyczajnie, tak na oko. Podniosę i ocenię, czy nie za ciężka.
Podniosłam. Ciężka była.
- I co? - dopytywała przyjaciółka.
- Chyba przejdzie... - powiedziałam niepewnie.
I na moje nieszczęście akurat wszedł mój mąż.
- Mógłbyś podnieś tę walizkę i ocenić ile waży? - zaproponowała A. - Boję się, że będę miała nadbagaż. Wolałabym teraz przepakować, niż denerwować się przy odprawie.
- To zważcie ją. - Mąż wzruszył ramionami, jakby nie widział problemu.
- Ale wy nie macie wagi - wyjaśniła A.
- Jak to nie mamy? - zdziwił się.
- Nie mamy - weszłam mu w słowo, próbując wcisnąć mu tę walizkę do ręki, aby szybko ocenił jej wagę i dał już spokój.
- Jak to nie mamy? Przecież mamy wagę - zdziwił się ponownie. I poszedł do łazienki. Ech, faceci mają inny rodzaj inteligencji... Wystarczyłoby złapać mój wiele mówiący wzrok, by uznać, że na pewno, ale to na pewno nie mamy wagi.
Wrócił z wagą. Sprawną, działającą. I cholernie dokładną.
- O, nawet nie wiedziałam, że wymienił baterie - wymamrotałam słabo w stronę przyjaciółki.
Zważyliśmy walizkę. Okazało się, że jest nadbagaż - 3 kilo.
A. uznała, że wobec tego kilka rzeczy przepakuje do ręcznego.
Już miałam wynosić wagę, gdy padło:
- Czekaj, ja też się zważę - zaproponowała A.
No i się zaczęło.
- O cholera - zaklęła. - Niemożliwe. Przecież to niemożliwe. Przytyłam 3 kilo?
- Mówiłam, że popsuta - prychnęłam.
- Ty wejdź.
- Ale po co, skoro popsuta?
- Sprawdzimy.
No to weszłam. Z paniką obserwowałam przelatujące cyferki, które doszły do mojej zwyczajowej wagi... po czym dalej szły w górę. 3 kilo. SHIT!
- Popsuta - uznałam kategorycznie. - Za każdym razem pokazuje 3 kilo więcej. Nie utyłyśmy, a ty nie masz też nadbagażu.
A. jednak nie była przekonana. W końcu wpadłyśmy na pomysł, by zważyć kilogram cukru.
Z przestrachem, ale i z nadzieją wpatrywałyśmy się w wyświetlacz. Pokazał równiótko 1 kilogram. SHIT!

Rzeczywistość jednak okazała się brutalna. 3 więcej kilo jak nic.
Koniec makaronów, koniec słodyczy, koniec objadania się. Koniec.
Tak postanowiłam.
Tyle że nie potrafię tego zrealizować. Rano kupuję sobie bułki, wieczorem wciągam makaron. Z chilli oczywiście. Pocieszam się, bo kiedyś usłyszałam, że ponoć taki ugotowany al dente nie tuczy. Niedogotowuję go zatem, jest niemal twardy. Ale to i tak makaron, a nie jogurt czy płatki kukurydziane...
Dziś rano, będąc w sklepie, stanęłam przy koszach z pieczywem, chcąc sięgnąć po bułkę.
Opanowałam się. Wzięłam pieczywo razowe. Ale cóż z tego, skoro kilka sekund później mój wzrok padł na półki ze słodyczami. Starając się być silna w swoim postanowieniu trzymania diety, wzięłam do ręki gorzką czekoladę (ponoć jest zdrowa i nie tuczy). Wgapiałam się w nią parę minut, po czym odłożyłam i wzięłam mleczną. SHIT! W ciągu dnia zjadłam pół tabliczki.
No a teraz na noc znów wzięło mnie na makaron.
Nie mówiąc już o tym, że przed makaronem było kilka michałków. I cola... To straszne. Zupełnie brak mi silnej woli.
Jestem zwykłym mięczakiem!


czwartek, 8 listopada 2012

Prawie jak Kubuś Puchatek...


Nie cierpię rano wstawać, nie znoszę. Jestem sową, więc poranne wstawanie to dla mnie udręka. No, ale trzeba...
Oczywiście nie potrafię wstać na tyle wcześniej, żeby spokojnie wszystko przygotować przed wyjściem z domu. Zawsze szykuję się na ostatni moment. Jestem mistrzynią malowania się w minutę. Nawet niecałą:)
Najważniejsze to wyprawić dzieci. Podczas gdy one jedzą śniadanie, ja próbuję wypić kawę, co nie zawsze mi się udaje.
Dziś nie zdążyłam wypić kawy, nie zjadłam śniadania, tak więc rano chodziłam niczym śnięty zając.
Przed pracą wstąpiłam do sklepu, żeby kupić sobie bułkę. Z dużą torbą na ramieniu wychodząc z niego... zaklinowałam się w drzwiach. Nie wiem, jakim cudem. Torebka jakoś dziwnie się zakleszczyła i nie mogłam ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Stałam więc zaklinowana w drzwiach, czując się niczym Kubuś Puchatek, zaklinowany w jamce.
Nagle podeszła kobieta, która chciała wejść do sklepu. Stanęła przede mną, czekając aż wyjdę.
- Niestety, zaklinowałam się - poinformowałam ją.
Kobieta była najwyraźniej tak samo niedospana jak ja, bo zamiast mi pomóc, stała i patrzyła na mnie obojętnym wzrokiem.
- Aha - powiedziała w końcu, gdy do niej dotarło, że tak łatwo nie wyjdę. Stała jednak dalej.
A ja krok w tył, krok w przód. I nic, torebka tak zahaczyła, że mogłabym tam tańczyć, a i tak drzwi przyciskały mnie (może sklep nie chciał mnie wypuścić, bo za mało w nim kupiłam?)
Dopiero ktoś od wewnątrz, przesunął moją torbę na tyle, że mogłam wyjść.
Hmmm... Całe szczęście, że zaklinowałam się torebką, a nie jak Kubuś Puchatek - brzuchem. Zawsze to jakieś pocieszenie... :)

Pozdrawiam z zimnej i szarej Warszawy!