środa, 14 listopada 2012

Jestem cholernym mięczakiem


Mogłam się spodziewać, że po ostatnich wojażach i delektowaniu się włoską i hiszpańską kuchnią (makarony, kolorowe sosy, ryby mniam, mniam) nie upiecze mi się i po powrocie do Polski trzeba będzie przejść na dietę.
Mogłam się spodziewać...
Tymczasem najwyraźniej uznałam, że MNIE to nie dotyczy i ostatnie tygodnie żyłam sobie beztrosko, w błogiej niewiedzy, z dala od wagi, kontynuując cudownie aromatyczne akrobacje w kuchni (uzależniłam się od chilli!).
Ale nie da się uciec od brutalnej rzeczywistości. Choćby człowiek nie wiem jak głęboko chował tę cholerną wagę, to zawsze się znajdzie wredna przyjaciółka, która niby mimochodem postanowi ją wywlec z kąta.

Otóż to... w miniony weekend przyjechała do mnie koleżanka. Miała ze sobą bagaże, planując na drugi dzień prosto ode mnie jechać na lotnisko. Spędziłyśmy cudowny wieczór przy winie (i makaronie oczywiście - dałam popis swojej sztuki kulinarnej. Dodałam niestety tak dużo chilli, że aż mnie wygięło, gdy jadłam. Ale nie było nic innego w nocy do jedzenia, więc ostatecznie lepszy ostry makaron niż nic).
Tak czy inaczej, po przegadaniu całej nocy, odespaniu jej aż do południa, pod wieczór przyszedł czas na to, aby się pożegnać.
I właśnie wtedy padło pierwsze pytanie o wagę.
- Muszę zważyć walizkę - stwierdziła nagle przyjaciółka, martwiąc się, że będzie miała nadbagaż. - Masz wagę?
Przygryzłam wargi, udając, że myślę. Tymczasem rzeczywiście myślałam, a właściwie panikowałam, wiedząc, że jeśli przyniosę wagę, to na ważeniu bagażu się nie skończy.
- Nie mam - odpowiedziałam po dłuższej chwili.
- Nie masz w domu wagi? Każdy ma!
- Ja nie mam. Popsuła się. Jakiś czas temu...
- Może baterie padły?
- Chyba tak. Niestety nie mam nowych, bo to były takie niewymiarowe, trudno je dostać. No, nie mam wagi. Zważę ci ręcznie.
- Jak to ręcznie?
- Zwyczajnie, tak na oko. Podniosę i ocenię, czy nie za ciężka.
Podniosłam. Ciężka była.
- I co? - dopytywała przyjaciółka.
- Chyba przejdzie... - powiedziałam niepewnie.
I na moje nieszczęście akurat wszedł mój mąż.
- Mógłbyś podnieś tę walizkę i ocenić ile waży? - zaproponowała A. - Boję się, że będę miała nadbagaż. Wolałabym teraz przepakować, niż denerwować się przy odprawie.
- To zważcie ją. - Mąż wzruszył ramionami, jakby nie widział problemu.
- Ale wy nie macie wagi - wyjaśniła A.
- Jak to nie mamy? - zdziwił się.
- Nie mamy - weszłam mu w słowo, próbując wcisnąć mu tę walizkę do ręki, aby szybko ocenił jej wagę i dał już spokój.
- Jak to nie mamy? Przecież mamy wagę - zdziwił się ponownie. I poszedł do łazienki. Ech, faceci mają inny rodzaj inteligencji... Wystarczyłoby złapać mój wiele mówiący wzrok, by uznać, że na pewno, ale to na pewno nie mamy wagi.
Wrócił z wagą. Sprawną, działającą. I cholernie dokładną.
- O, nawet nie wiedziałam, że wymienił baterie - wymamrotałam słabo w stronę przyjaciółki.
Zważyliśmy walizkę. Okazało się, że jest nadbagaż - 3 kilo.
A. uznała, że wobec tego kilka rzeczy przepakuje do ręcznego.
Już miałam wynosić wagę, gdy padło:
- Czekaj, ja też się zważę - zaproponowała A.
No i się zaczęło.
- O cholera - zaklęła. - Niemożliwe. Przecież to niemożliwe. Przytyłam 3 kilo?
- Mówiłam, że popsuta - prychnęłam.
- Ty wejdź.
- Ale po co, skoro popsuta?
- Sprawdzimy.
No to weszłam. Z paniką obserwowałam przelatujące cyferki, które doszły do mojej zwyczajowej wagi... po czym dalej szły w górę. 3 kilo. SHIT!
- Popsuta - uznałam kategorycznie. - Za każdym razem pokazuje 3 kilo więcej. Nie utyłyśmy, a ty nie masz też nadbagażu.
A. jednak nie była przekonana. W końcu wpadłyśmy na pomysł, by zważyć kilogram cukru.
Z przestrachem, ale i z nadzieją wpatrywałyśmy się w wyświetlacz. Pokazał równiótko 1 kilogram. SHIT!

Rzeczywistość jednak okazała się brutalna. 3 więcej kilo jak nic.
Koniec makaronów, koniec słodyczy, koniec objadania się. Koniec.
Tak postanowiłam.
Tyle że nie potrafię tego zrealizować. Rano kupuję sobie bułki, wieczorem wciągam makaron. Z chilli oczywiście. Pocieszam się, bo kiedyś usłyszałam, że ponoć taki ugotowany al dente nie tuczy. Niedogotowuję go zatem, jest niemal twardy. Ale to i tak makaron, a nie jogurt czy płatki kukurydziane...
Dziś rano, będąc w sklepie, stanęłam przy koszach z pieczywem, chcąc sięgnąć po bułkę.
Opanowałam się. Wzięłam pieczywo razowe. Ale cóż z tego, skoro kilka sekund później mój wzrok padł na półki ze słodyczami. Starając się być silna w swoim postanowieniu trzymania diety, wzięłam do ręki gorzką czekoladę (ponoć jest zdrowa i nie tuczy). Wgapiałam się w nią parę minut, po czym odłożyłam i wzięłam mleczną. SHIT! W ciągu dnia zjadłam pół tabliczki.
No a teraz na noc znów wzięło mnie na makaron.
Nie mówiąc już o tym, że przed makaronem było kilka michałków. I cola... To straszne. Zupełnie brak mi silnej woli.
Jestem zwykłym mięczakiem!


5 komentarzy:

  1. Skąd ja to znam!Tyle tylko,że...nadwaga większa!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak, ja też to znam! Tu czekoladka, tam batonik. A na dokładkę lody z polewą truskawkową. Ech, dobrze że idzie zima, ale na wiosnę trzeba będzie zgubić dodatkowe kilogramy:-)

    Magda

    OdpowiedzUsuń
  3. Precz z wagami! W końcu jak tu żyć bez żadnych pocieszycieli? Bez słodyczy życie jest zbyt smutne!

    OdpowiedzUsuń
  4. Kilka miesięcy (!) temu miałam mały remont w łazience i wagę schowałam. Remont dawno się skończył, a ja jej jeszcze nie wyciągnęłam. Doszłam do wniosku, że lepiej mi się bez niej żyje. I niech tak pozostanie. Polecam ten sposób.
    Ja jestem uzależniona (zabrzmiało jak w jakimś klubie AA) od domowego ciasta, drożdżówek, pączków, domowej pizzy, hamburgerów, hod - dogów ... itp. itd....`

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie! Macie rację! Precz z wagami!!!!
    Można by urządzić hapenning na mieście pod takim hasłem:) Myślę, że zebrałby się niezły tłum:)
    A ja dzisiaj idę na imprezę - na pewno będzie pyszne jedzenie. Precz z wagami!
    Jestem uznależniona od pychotek. Nie mam zamiaru się dzisiaj ograniczać. Dodatkowymi kilogramami będę się ewentualnie martwić jutro... :) Albo i nie. Precz z wagami:)

    OdpowiedzUsuń