poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzenia


Kochani, życzę Wam przyjemnych, rodzinnych, ciepłych Świąt.
A w 2013 niech spełnią się wszelkie plany i marzenia. Życzę Wam oraz sobie, aby nadchodzący rok był ciekawy,pełen uśmiechów i radości.
Życzę zdrowia, pieniędzy i miłości.

Pozdrawiam świątecznie!
Aleksandra Tyl

sobota, 15 grudnia 2012

przespałam niemal trzy dni...


Dawno nie chorowałam. Owszem zdarzał mi się katar, czy kaszel, ale byłam w stanie normalnie przy tym funkcjonować. Prawdę mówiąc, nie pamiętam kiedy ostatnio zaległam w łóżku z powodu choroby...
Tymczasem w środę obudziłam się czując iż zaczyna mną telepać. Pojechałam do pracy - bo miałam jakieś ważne sprawy, załatwiłam co miałam załatwić i w połowie dnia wróciłam do domu. Trzęsąc się dałam radę wypić fervex i do łóżka.
Przespałam niemal 3 dni - budząc się tylko na kolejne dawki fervexu i wizyty w toalecie. Kompletnie byłam wyłączona.
Dziś za to obudziłam się rześka, wypoczęta, zadowolona - z małym tylko katarkiem i drapaniem w gardle.
Wyleżenie choroby pomogło! Organizm się zregenerował.

Przez dokładnie 2,5 dnia wyłączenia ze świata nadrabiałam w pierwszej kolejności to, co najważniejsze: czyli po pierwsze co działo się w domu, po drugie zaległości w pracy. Resztę świata zostawiłam na wieczór.

I oto wchodzę w Inernet i co widzę? Nagłówki serwisów informacyjnych, krzyczące o masakrze w szkole w USA.
Chyba wolałabym dalej spać.
Przerażające. Smutne. Niewiarygodne. Straszne.
Brak mi słów.

Co się dzieje z tym światem?

Bardzo mną to wstrząsnęło. Nie potrafię pojąć, co siedzi w głowach młodych ludzi, którzy wychodzą z bronią po to, by zabijać nie tylko swoją rodzinę, ale i niewinnych ludzi, dzieci.

Co się dzieje?

Dlaczego Stany nie ograniczą dostępu do broni? Dlaczego kolejny raz musi się to powtarzać, przecież nie tak dawno jakiś świr strzelał w kinie.

Nie potrafię tego wszystkiego zrozumieć.
Co dzieje się z ludźmi, ze światem?

Może czas wrócić do starych metod wychowania? Zero pobłażliwości, zero gier komputerowych, zero usprawiedliwiania? Gdzie się podział szacunek dla życia?

To przerażające i smutne.

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołajki, Mikołaj i ja


Jak co roku 6 grudnia przebieram się w strój Mikołaja i przychodzę do własnego domu z prezentami. Z początku to mój mąż był Mikołajem, ale niezbyt mu wychodziło, bo na widok przerażonych jeszcze wtedy dzieci trudno mu było zachować powagę. Tym sposobem ja dostałam główną rolę, a właściwie sama się ogłosiłam Mikołajem.

Wczoraj wpadłam na genialny pomysł, żeby jako Mikołaj sprawić także niespodziankę innym dzieciom z naszej ulicy. Nie uprzedzałam sąsiadów - uznałam, że większa będzie frajda, gdy nikt nie będzie się spodziewał Mikołaja.
Hmmmm...

Przygotowałam symboliczne prezenty, włożyłam w worek, przebrałam się w swoje wdzianko, doczepiłam sztuczną brodę, a żeby nikt mnie nie poznał pomalowałam brwi na biało, a nos na czerwono - szminką. Załozyłam okulary. I poszłam.

Była godzina 20-ta. Ciemno. Pierwsi sąsiedzi. Brak dzwonka przy bramie, nie ma jak wejść. Ale światło w domu się pali, więc są.
Zaczełam walić w skrzynkę na listy, żeby mnie usłyszeli.
Po jakiejś chwili widzę, że sąsiadka wygląda nieśmiało przez okno w kuchni, próbując dojrzeć, co to za hałasy.
Stanęłam więc na murku, chwyciłam się ogrodzenia i zaczęłam machać.
Ja wymachuję, a ona nic. Stoi i się gapi. Macham więc mocniej, próbując na migi wytłumaczyć, żeby mnie wpuścili.
Ona nic.
Macham więc jeszcze mocniej.
Nagle słyszę jej przerażony głos:
- Juuuurek! Jakiś facet zawisł na naszej bramie! Ja się boję!

Po chwili wyskakuje jej zdezorientowany mąż, a ja zaczynam się zastanawiać, czy wezwał już ochronę czy jeszcze nie. Niskim głosem mówię:
"Ho, ho, ho, czy są tu jakieś dzieci?"
- O Boże, to ty? - słyszę i widzę, jak oczy otwiera ze zdumienia.
- Nie, to nie ja, to Mikołaj. Ho, ho, ho, czy są tu jakieś dzieci? - Nie wychodzę z roli.

Weszłam do domu i zaczęła się masakra. Okulary mi zaparowały, nic nie widziałam. Jak przez mgłę dostrzegłam uciekającą przede mną córkę sąsiadki. Szminka na nosie zaczęła mnie swędzieć, farba na brwiach uczuliła oczy, zaczęłam łzawić.
Sztuczna broda gryzła, czułam jak cała twarz mi puchnie.
Na szczęście dziewczynka, zachęcona przez rodziców podeszła. Wysłuchałam piosenki, wręczyłam prezent. Sąsiadka chichocząc zaopatrzyła mnie w paczkę chusteczek.
Wytarłam oczy, pożegnałam się i poszłam dalej.
Na szczęście na naszej ulicy jest tylko kilka domów, a nie w każdym mieszka małe dziecko, więc dałam radę obskoczyć mimo swędzącego niemiłosiernie nosa i łzawiących co chwila oczu.
W końcu dotarłam do siebie. Moje dzieci (plus kolega mojego syna, który u nas był) zaaferowane Mikołajem, choć nie do tego stopnia, żeby śpiewać mu piosenki...
Posiedziałam więc chwilę, wymusiłam deklarację bycia grzecznym (zamiast piosenek), wręczyłam prezenty i wyszłam.
W garażu przebrałam się, zmyłam wątpliwy makijaż i wróciłam już jako mama (niby ze sklepu). Mój syn wpatruje się we mnie i po chwili mówi:
- To byłaś ty! To ty byłaś Mikołajem!
- Jakim Mikołajem? Mikołaj u was był? - udaję zdziwioną.
- To byłaś ty, nie oszukuj!
- Skąd, po co miałabym być Mikołajem? Dlaczego tak sądzisz?
- Poznaję po nosie!

No tak - dopiero w łazience, w lustrze dostrzegłam, jak wygląda mój nos.
Nigdy nie smarujcie szminką nosa. Co prawda zmyłam ją w garażu mleczkiem, ale okazało się, że naprawdę mnie uczuliła i przez cały wieczór już chodziłam z zaczerwienionym nosem.

Ech, Mikołaj... Wieczór udany, dzieciaki miały radochę. Chociaż po wpadce z nosem w przyszłym roku chyba stracę tę rolę - buuu, szkoda.

Pozdrawiam zimowo - w Warszawie śnieg!