piątek, 7 grudnia 2012

Mikołajki, Mikołaj i ja


Jak co roku 6 grudnia przebieram się w strój Mikołaja i przychodzę do własnego domu z prezentami. Z początku to mój mąż był Mikołajem, ale niezbyt mu wychodziło, bo na widok przerażonych jeszcze wtedy dzieci trudno mu było zachować powagę. Tym sposobem ja dostałam główną rolę, a właściwie sama się ogłosiłam Mikołajem.

Wczoraj wpadłam na genialny pomysł, żeby jako Mikołaj sprawić także niespodziankę innym dzieciom z naszej ulicy. Nie uprzedzałam sąsiadów - uznałam, że większa będzie frajda, gdy nikt nie będzie się spodziewał Mikołaja.
Hmmmm...

Przygotowałam symboliczne prezenty, włożyłam w worek, przebrałam się w swoje wdzianko, doczepiłam sztuczną brodę, a żeby nikt mnie nie poznał pomalowałam brwi na biało, a nos na czerwono - szminką. Załozyłam okulary. I poszłam.

Była godzina 20-ta. Ciemno. Pierwsi sąsiedzi. Brak dzwonka przy bramie, nie ma jak wejść. Ale światło w domu się pali, więc są.
Zaczełam walić w skrzynkę na listy, żeby mnie usłyszeli.
Po jakiejś chwili widzę, że sąsiadka wygląda nieśmiało przez okno w kuchni, próbując dojrzeć, co to za hałasy.
Stanęłam więc na murku, chwyciłam się ogrodzenia i zaczęłam machać.
Ja wymachuję, a ona nic. Stoi i się gapi. Macham więc mocniej, próbując na migi wytłumaczyć, żeby mnie wpuścili.
Ona nic.
Macham więc jeszcze mocniej.
Nagle słyszę jej przerażony głos:
- Juuuurek! Jakiś facet zawisł na naszej bramie! Ja się boję!

Po chwili wyskakuje jej zdezorientowany mąż, a ja zaczynam się zastanawiać, czy wezwał już ochronę czy jeszcze nie. Niskim głosem mówię:
"Ho, ho, ho, czy są tu jakieś dzieci?"
- O Boże, to ty? - słyszę i widzę, jak oczy otwiera ze zdumienia.
- Nie, to nie ja, to Mikołaj. Ho, ho, ho, czy są tu jakieś dzieci? - Nie wychodzę z roli.

Weszłam do domu i zaczęła się masakra. Okulary mi zaparowały, nic nie widziałam. Jak przez mgłę dostrzegłam uciekającą przede mną córkę sąsiadki. Szminka na nosie zaczęła mnie swędzieć, farba na brwiach uczuliła oczy, zaczęłam łzawić.
Sztuczna broda gryzła, czułam jak cała twarz mi puchnie.
Na szczęście dziewczynka, zachęcona przez rodziców podeszła. Wysłuchałam piosenki, wręczyłam prezent. Sąsiadka chichocząc zaopatrzyła mnie w paczkę chusteczek.
Wytarłam oczy, pożegnałam się i poszłam dalej.
Na szczęście na naszej ulicy jest tylko kilka domów, a nie w każdym mieszka małe dziecko, więc dałam radę obskoczyć mimo swędzącego niemiłosiernie nosa i łzawiących co chwila oczu.
W końcu dotarłam do siebie. Moje dzieci (plus kolega mojego syna, który u nas był) zaaferowane Mikołajem, choć nie do tego stopnia, żeby śpiewać mu piosenki...
Posiedziałam więc chwilę, wymusiłam deklarację bycia grzecznym (zamiast piosenek), wręczyłam prezenty i wyszłam.
W garażu przebrałam się, zmyłam wątpliwy makijaż i wróciłam już jako mama (niby ze sklepu). Mój syn wpatruje się we mnie i po chwili mówi:
- To byłaś ty! To ty byłaś Mikołajem!
- Jakim Mikołajem? Mikołaj u was był? - udaję zdziwioną.
- To byłaś ty, nie oszukuj!
- Skąd, po co miałabym być Mikołajem? Dlaczego tak sądzisz?
- Poznaję po nosie!

No tak - dopiero w łazience, w lustrze dostrzegłam, jak wygląda mój nos.
Nigdy nie smarujcie szminką nosa. Co prawda zmyłam ją w garażu mleczkiem, ale okazało się, że naprawdę mnie uczuliła i przez cały wieczór już chodziłam z zaczerwienionym nosem.

Ech, Mikołaj... Wieczór udany, dzieciaki miały radochę. Chociaż po wpadce z nosem w przyszłym roku chyba stracę tę rolę - buuu, szkoda.

Pozdrawiam zimowo - w Warszawie śnieg!

4 komentarze:

  1. Dzieci są bezbłędne.Zawsze jakimś cudem poznają Mikołaja!

    OdpowiedzUsuń
  2. podaję link do recenzji "Szczęścia..." http://asymaka.blog.interia.pl/?id=2413280 jeszcze raz dziękuję za piękne opowieści w obu częściach bzów

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale czad, wiesz takie rzeczy się wspomina całe życie. Ja pamiętam jak rok w rok przychodził mikołaj i opowiadałam wiersze, piosenki śpiewałam, później ciasteczka piekłam. I nawet później jak już wiedziałam, że to sąsiad, a nie mikołaj to udawaliśmy nawzajem. Całkiem inaczej dostać prezent z wora, a nie z rak mamy i taty. Ty byłaś w kilku domach, u nas obskakiwał całe osiedle, swoją drogą fajne są takie osiedlowe akcje, ale pewnie teraz już rzadziej spotykane.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna akcja, u nas w tamtym roku nie znaleźliśmy stroju (za późno, bo obiecany Mikołaj nie wypalił) i tylko na worku z prezentami w korytarzu Mikołaj zostawił czapkę... ale zaskoczyło i dzieciaki były zadowolone, a to najważniejsze... ;-)

    OdpowiedzUsuń