piątek, 31 stycznia 2014

Brak asertywności

Do kilku postanowień noworocznych typu: ograniczę jedzenie słodyczy, zapiszę się w końcu na jogę etc. dochodzi jeszcze jedno, może nawet najważniejsze: nauczę się być asertywna.

Często daję się namówić na coś, na co nie mam ochoty, bo nie potrafię odmówić, bo nie chcę sprawić przykrości, bo to, bo tamto, bo dupa. Jestem dupa. I tyle, a potem pluję sobie w brodę, że nie byłam bardziej stanowcza, asertywna.

Tak jak dziś. Patrzę w lustro i wkurzam się, że dałam się fryzjerce namówić na rudy kolor włosów. Dlaczego? Przecież nigdy nie miałam rudego, nie myślałam o nim, uważam, że to nie jest mój kolor.

Mój naturalny kolor to ciemny blond. Mało wyrazisty, zwyczajny taki - ot, jakich wiele. Kiedyś, jeszcze w szkole średniej, kiedy na rynku nie było tylu specyfików co dziś, większość moich koleżanek rozjaśniała sobie włosy wodą utlenioną (tak, tak, takie były wówczas sposoby!). Ja - nie chcąc dołączać do rozjaśnianych blondynek, ale mając tez ochotę na "dorosłą zmianę" farbowałam się na brąz. I wiele lat to trwało. Aż w końcu wróciłam do swojego koloru i teraz najlepiej czuję się w jasnych włosach. Nie platynowych, ale właśnie słomkowy, ciepły blond.

Moja dotychczasowa fryzjerka wiedziała co lubię i zawsze wychodziłam od niej zadowolona.
Ale ona już nie pracuje - teraz jest inna.
Nie lubię zmian.

Poprosiłam o dotychczasowy kolor.
Ale namówiła mnie na rudy. Bo będę bardziej wyrazista, bo uwydatni oczy, będzie do mnie pasował.
Nie miałam ochoty, kurcze, wcale nie miałam ochoty.
Ale w końcu pomyślałam sobie: a może ona wie lepiej? Może widzi coś, czego ja nie widzę i ten rudy odcień naprawdę się sprawdzi? Ech, niech będzie.

Efekt mnie NIE poraził. Ale nie potrafiłam (!) powiedzieć, że mi się nie podoba. Bąknęłam coś, że może muszę się przyzwyczaić, że może jutro spojrzę na siebie bardziej przychylnym okiem.
W dodatku fryzura (a dodam że mam proste półdługie włosy) wyglądała fatalnie. Jakbym wstała właśnie z łóżka (a wtedy lepiej mnie nie oglądać).
Zaprzyjaźniona kosmetyczka, widząc moją minę, postanowiła ratować sytuację i zrobiła mi gratisowy makijaż.
Widocznie też zauważyła to, co i ja widziałam. Że nie jest dobrze, rudy to nie mój kolor.
I tak właśnie wróciłam do domu - prosto od fryzjera.
Z fryzurą, jakby mnie piorun postrzelił, ale za to umalowana.
Syn na mój widok zmrużył oczy i powiedział: "Jesteś jakaś inna".
Moja córcia: "Ale to jednak cały czas chyba mama..."
Mój mąż za to postanowił mnie pocieszyć: "Ślicznie wyglądasz! Ale fryzjera chyba powinnaś zmienić".

No tak. Odliczam dni, kiedy włosy trochę się wypłuczą, odpoczną i wyruszam na poszukiwania nowego salonu.

Problem żaden, włosy da się przecież przefarbować, dramatu nie ma.
Ale ta sytuacja uświadomiła mi, że KOLEJNY raz dałam się namówić na coś, wbrew sobie.
Nie mam pojęcia, jak wyćwiczyć asertywność. Jak powiedzieć komuś: "schrzaniłeś, nie podoba mi się".
Nie potrafię. Bo nie chcę, żeby tej bądź co bądź miłej osobie zrobiło się przykro, że schrzaniła. Żeby jej nie urazić, nie popsuć samopoczucia.
Może powinnam zapisać się na jakiś kurs?

A wy? Jak dajecie sobie radę w takich sytuacjach?

sobota, 11 stycznia 2014

Koszmar minionego lata


Uaktywniłam się dzisiaj blogowo po długiej przerwie. Spowodowanej remontem w domu i ogólnym brakiem czasu.
Remont zaczęliśmy latem pełni wiary w to, że dwa miesiące wystarczą...
Z dwóch miesięcy zrobiło się pół roku. Bo jeszcze to, a jeszcze tamto. A przy okazji jeszcze to.
Naiwnie myślałam, że robotnicy będą sobie pracować, a ja będę sobie w tym czasie pisać.
Przysięgam, nie wiem, skąd w głowie zbudował mi się taki obraz, bo przecież niby jak oni by mieli pracować, żebym i ja mogła pracować? W ciszy? Burzyć ściany po cichutku, zrywać stare podłogi, kafelki? A potem cichutko, cichutko kłaść nowe??
Hmmm, naprawdę nie mam pojęcia dlaczego myślałam, że to będzie jakoś tak wszystko szybko, sprawnie i w dodatku bez hałasu. I mimo że wszyscy ostrzegali, żeby opuścić dom na czas sajgonu, bo taki generalny remont to wielka sprawa i huk, i pył, to ja się upierałam, że nie ma, absolutnie nie ma takiej potrzeby, dzieci wyekspediujemy do dziadków, a ja tu będę wszystkiego pilnować, koordynować, sprawdzać czy wszystko idzie zgodnie z planem.
Mąż robił kółko na czole, ale w końcu zgodził się, żebym została szefem remontu. Byłam naprawdę podekscytowana. Ja i tysiąc robotników.
Pierwszy kryzys dopadł mnie po miesiącu. Rzeczywiście, okazało się, że hałas, pył, gruz, wiercenie w ścianach, kucie - to wszystko zaczyna mnie przerastać.
Któregoś dnia mąż wrócił z pracy i zastał mnie zamkniętą w garderobie. Z obłędem w oczach tłumaczyłam, że wwiercają mi się do mózgu, że to dudnienie słyszę każdą komórką swojego ciała, że nie wyjdę stąd - nigdy, przenigdy nie opuszczę swojego azylu. Kiedy wyjaśnił, że hmmm... i tam będą wiercić, bo jakieś kable, bo coś - musiałam zrobić naprawdę znaczącą minę, ponieważ tego samego dnia zostałam wywieziona do hotelu za miasto.
Sądzę, że wówczas nadawałam się raczej do psychiatryka. Myślę, że w głowie mojego męża też toczyła się wojna, gdzie lepiej byłoby mnie wysłać. Stanęło na hotelu, może dlatego że bliżej i bez zbędnych formalności.
Wystarczyło. Po tygodniu wróciłam zrelaksowana, gotowa do dalszej walki.

Drugi kryzys dopadł mnie pod koniec listopada, kiedy kolejny raz stolarz, u którego zamówione zostały meble kuchenne etc. przekładał terminy. A to coś musiał dopieścić, a to wymiary mu się pomyliły, a to coś tam jeszcze. Masakra.
Podobno zawsze jak coś się sypie w remoncie, to przez stolarza. To prawda!
Szkoda gadać - temat rzeka - na odrębne opowiadanie.

Jest styczeń. Niby już prawie, ale jeszcze kilka rzeczy zostało. Jednak wreszcie robi się cudnie.
Mam nadzieję, że szybko zakończymy remont i wkrótce zapomnę o całym tym koszmarze.
Co najważniejsze: w końcu mam wspaniałą biblioteczkę, gdzie mieszczę książki!
No i zaczynam oddychać, uaktywniam się, piszę. Odzyskuję spokój.
Nigdy więcej remontu.



Natasza Urbańska "Rolowanie" - cudne opowiadanie


Od kilku dni trwa burza wokół piosenki Nataszy Urbańskiej "Rolowanie". Nie wiem, o co tyle hałasu. Nikomu się ta piosenka nie podoba. A ja - aż dziwnie się przyznać - uważam że jest dobra.

Wszystko mi tu gra: i tekst, i wykonanie, i teledysk.

Najwięcej batów dostało się chyba Zofii Kondrackiej, autorce tekstu. Niesłusznie. W tych kilku pozornie niepowiązanych ze sobą zdaniach, będących mieszanką dwóch języków, zamknęła niczym w pigułce wbrew pozorom wiele treści.

To takie miniopowiadanie, świetnie obrazujące pewien wycinek rzeczywistości. Ukazujące w krzywym zwierciadle dość wąską grupę społeczną - i być może dlatego nie trafił w gusta tłumów.
Wystarczy jednak przejść się po kilku warszawskich klubach, żeby zrozumieć "co autorzy mieli na myśli".

Nie to, żebym była bywalczynią klubów:) Nie, nie - co to to nie!
Królową z bajki też nie jestem:)
Ale i owszem zdarzyło mi się pałętać tu i ówdzie i zaobserwować trend, który przedstawiony jest w tej piosence. Znam kilka królowych...
Moim zdaniem numer jest świetny:)
Niech sobie mówią co chcą, ale w klubach to pewnie będzie hit!