sobota, 11 stycznia 2014

Koszmar minionego lata


Uaktywniłam się dzisiaj blogowo po długiej przerwie. Spowodowanej remontem w domu i ogólnym brakiem czasu.
Remont zaczęliśmy latem pełni wiary w to, że dwa miesiące wystarczą...
Z dwóch miesięcy zrobiło się pół roku. Bo jeszcze to, a jeszcze tamto. A przy okazji jeszcze to.
Naiwnie myślałam, że robotnicy będą sobie pracować, a ja będę sobie w tym czasie pisać.
Przysięgam, nie wiem, skąd w głowie zbudował mi się taki obraz, bo przecież niby jak oni by mieli pracować, żebym i ja mogła pracować? W ciszy? Burzyć ściany po cichutku, zrywać stare podłogi, kafelki? A potem cichutko, cichutko kłaść nowe??
Hmmm, naprawdę nie mam pojęcia dlaczego myślałam, że to będzie jakoś tak wszystko szybko, sprawnie i w dodatku bez hałasu. I mimo że wszyscy ostrzegali, żeby opuścić dom na czas sajgonu, bo taki generalny remont to wielka sprawa i huk, i pył, to ja się upierałam, że nie ma, absolutnie nie ma takiej potrzeby, dzieci wyekspediujemy do dziadków, a ja tu będę wszystkiego pilnować, koordynować, sprawdzać czy wszystko idzie zgodnie z planem.
Mąż robił kółko na czole, ale w końcu zgodził się, żebym została szefem remontu. Byłam naprawdę podekscytowana. Ja i tysiąc robotników.
Pierwszy kryzys dopadł mnie po miesiącu. Rzeczywiście, okazało się, że hałas, pył, gruz, wiercenie w ścianach, kucie - to wszystko zaczyna mnie przerastać.
Któregoś dnia mąż wrócił z pracy i zastał mnie zamkniętą w garderobie. Z obłędem w oczach tłumaczyłam, że wwiercają mi się do mózgu, że to dudnienie słyszę każdą komórką swojego ciała, że nie wyjdę stąd - nigdy, przenigdy nie opuszczę swojego azylu. Kiedy wyjaśnił, że hmmm... i tam będą wiercić, bo jakieś kable, bo coś - musiałam zrobić naprawdę znaczącą minę, ponieważ tego samego dnia zostałam wywieziona do hotelu za miasto.
Sądzę, że wówczas nadawałam się raczej do psychiatryka. Myślę, że w głowie mojego męża też toczyła się wojna, gdzie lepiej byłoby mnie wysłać. Stanęło na hotelu, może dlatego że bliżej i bez zbędnych formalności.
Wystarczyło. Po tygodniu wróciłam zrelaksowana, gotowa do dalszej walki.

Drugi kryzys dopadł mnie pod koniec listopada, kiedy kolejny raz stolarz, u którego zamówione zostały meble kuchenne etc. przekładał terminy. A to coś musiał dopieścić, a to wymiary mu się pomyliły, a to coś tam jeszcze. Masakra.
Podobno zawsze jak coś się sypie w remoncie, to przez stolarza. To prawda!
Szkoda gadać - temat rzeka - na odrębne opowiadanie.

Jest styczeń. Niby już prawie, ale jeszcze kilka rzeczy zostało. Jednak wreszcie robi się cudnie.
Mam nadzieję, że szybko zakończymy remont i wkrótce zapomnę o całym tym koszmarze.
Co najważniejsze: w końcu mam wspaniałą biblioteczkę, gdzie mieszczę książki!
No i zaczynam oddychać, uaktywniam się, piszę. Odzyskuję spokój.
Nigdy więcej remontu.



1 komentarz:

  1. Remont, pamiętam. Sama przeprowadzałam go w kwietniu przed komunią syna. Masakra!!!

    OdpowiedzUsuń