czwartek, 9 maja 2013

Moje uzależnienie. Dziwne...

Zaczęło się niewinnie. W listopadzie ubiegłego roku, a może ciut wcześniej. Od drinków z koleżanką. Zazwyczaj zamawiałam na kruszonym lodzie. Drink, jak drink, ale ten lód tak cudownie się chrupało...
Zapragnęłam więcej i więcej. Nie drinków. Lodu.
Kiedy byłam samochodem i nie mogłam sobie pozwolić na ulubionego drinka aż mnie skręcało - dopóki nie wpadłam na pomysł, żeby zamawiać wariację bezalkoholową. I lód dzięki temu był. W końcu drinki poszły w niepamięć, bo nie opłacało się ich kupować - o wiele tańsza okazała się cola z duuużą ilością kruszonego lodu.
Zaczęłam robić go sobie w domu, za pomocą znalezionej w piwnicy wielce hałaśliwej kruszarki. Ale uszy od tego bolały, a że robiłam często, to nie tylko moje uszy, lecz cała rodzina cierpiała. Przerzuciłam się więc na tłuczek do mięsa i nim waliłam w bryłki lodu, aby je skruszyć.

Po kilku tygodniach znudziło mi się kruszenie - zaczęłam się zadowalać lodem w kostkach. Już mi było wszystko jedno - z lenistwa, bo nie chciało mi się kruszyć.
Mój mąż - zauważywszy tę dziwną pasję, kupił mi w grudniu maszynę do produkowania lodu, żebym nie musiała czekać, aż zrobi się w zamrażarce.
Teraz chyba żałuje, bo od tamtej pory maszyna chodzi niemal non-stop...

Kolega, który u nas bywa, widząc, że lód z maszyny szybko znika, któregoś razu, podczas mojej nieobecności naprodukował całą szufladę w zamrażarce, żebym miała zapas.

Z początku jak widać wszyscy byli zaangażowani, choć jeszcze wtedy nie zdawali sobie sprawy z ilości, które jestem w stanie pochłonąć. Lód niby był, niby znikał, ale przecież nikt go nie liczył:)
Aż do wczoraj.

Spodobał mi się pomysł mrożenia lodu na zapas, więc kiedy szłam spać - to, co zostało w kostkarce wrzucałam do zamrażarki (o ile wcześniej tego nie zjadłam oczywiście). Mój mąż zaangażował się w produkcję, widząc ile radości mi sprawia zapas ukochanych kostek. Już się przyzwyczaił, że w restauracjach zamawiam colę i szklankę lodu, że kelnerzy mnie rozpoznają, że określenie "duża ilość lodu" to nie znaczy trzy, ale trzydzieści kostek. Ale chyba dopiero wczoraj zdał sobie sprawę z ogromu... tego problemu...

Wieczorem otworzył zamrażarkę, chcą wyjąć kilka kostek do swojego napoju.
- Gdzie jest lód??? - spytał zdziwiony.
- Zjadłam - odpowiedziałam, nie rozumiejąc jego zdumienia. Przecież wszyscy - z nim na czele - wiedzą, że pożeram lód w ilościach hurtowych.
- Ale tu były jakieś trzy kilogramy lodu!
- No zjadłam. - Wzruszyłam ramionami. - Nie martw się, już się robi nowy.
- To nie jest normalne... - wymamrotał, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Dopiero co była pełna zamrażarka.
- Przecież codziennie zjadam kilka kilogramów... - zauważyłam.
- Kilka kilogramów?? To nie jest normalne... - powtórzył.

To nie jest normalne. Jego słowa dźwięczały mi w uszach. Szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym wcześniej. Owszem, staram się nie gryźć lodu, dopóki ni zmięknie w ustach na tyle, aby go bez problemu schrupać - nie chcę sobie połamać zębów. Poza tym, to tylko woda.
Owszem, zauważam pewien dyskomfort z tym związany - spojrzenia zdumionych ludzi w knajpach, kiedy posługując się dwiema rurkami - operuję nimi niczym pałeczkami, by wyjąć kolejną i kolejną kostkę ze szklanki. Poza tym nie zawsze mam dostęp do lodu. Ostatnio w samolocie, kiedy go zabrakło poczułam się jak alkoholik albo narkoman - aż mną trzęsło, bo przecież nie mogłam nic zrobić. O ile na lądzie o lód nie trudno (nawet na stacjach benzynowych mają), to w powietrzu jest z tym kłopot.
To nie jest normalne...

Przeszukałam Internet, bo przecież jest tu wszystko. I owszem - znalazłam cykl arcyciekawych programów o różnych uzależnieniach. Okazuje się, że ludzie potrafią się uzależnić od niewiarygodnych rzeczy - jedzenia płyt kartonowo-gipsowych, wkładek zmiękczających pranie, plastiku (tych jest chyba najwięcej). Ale to są wszystko rzeczy niejadalne.
Ja się uzależniłam od lodu, a nie od płyt czy kamieni.
Wpisałam więc w google taką właśnie frazę. I jakież było moje zdziwienie, że nie jestem jedyna!
Mało tego - okazuje się, że uzależnienie od chrupania kostek lodu może być objawem... niedokrwistości. O rany, nie wiem, jaki to może mieć związek, bo przecież anemia spowodowana jest brakiem żelaza, a nie wody, no ale może coś w tym jest.
Już dwa razy walczyłam z tą paskudą, myślałam, że się rozstałyśmy raz na zawsze. Być może wróciła.
W wolnej chwili pójdę na badania z ciekawości.

Tak czy inaczej, trudno mi sobie obecnie wyobrazić funkcjonowanie bez przepysznego lodu:) Nawet czekolady jem obecnie mniej, ma to więc dobre strony - dietetyczne:)

6 komentarzy:

  1. Z dwojga złego chyba rzeczywiście lepszy lód niż plastik:) A gardło od tego nie boli?

    Pozdrawiam, Asia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając na początku o alkoholu trochę się przeraziłam ;) Niby nic wielkiego z tymi kostkami lodu, ale poczytaj sobie trochę o zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych, choć nie chcę osądzać, potraktuj to jako sugestię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Asia, gardło nie boli:)
    Domi, dziękuję za sugestię, ale jednak nie ten kierunek. Mam wykształcenie psychologiczne, więc - mimo iż nie pracuję w zawodzie - teoretyczną wiedzę na ten temat posiadam. Moje objawy to jednak zupełnie co innego niż zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Bardziej porównałabym to do uzależnienia. Na razie nie utrudnia mi życia na tyle, żebym miała z tego rezygnować. Ale porozmawiam z dentystą, czy gryzienie lodu nie szkodzi przypadkiem zębom. Jeśli zasugeruje, abym się ograniczyła, to będę musiała pomyśleć o... odwyku:)

    OdpowiedzUsuń
  4. No właśnie, co z zębam? Zaczynam martwić się o własne...

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam to samo nie wypije nic bez lodu pożeram ogromne ilości niestety nie mam maszyny wiec pozostaje mi ciagle zalewanie foremek masakra ale to takie dobre i cos w tym zwiazanego z anemią musi byc bo ja własnie zawsze miałam niedużą anemię pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tez tak mam. Jem go bardzo dużo.... Balam sie ze ze mna jest cos nie tak... Ale ulzylo mi dzięki Tobie :*

    OdpowiedzUsuń